niedziela, 14 grudnia 2014

Tajemnica świstka papieru



Tajemnica świstka papieru

            Tajemnica świstka papieru jest następnym tematem po opisanej w poprzednim poście tajemnicy rysunku. Pisałem tam o znalezionym w dużej szufladzie rysunku domu z listem. W tej samej szufladzie znalazłem kilka innych zagadek, które  początkowo lekceważyłem jako mało znaczące. Przypadek jednak zrządził, że zainteresowałem się pewnym świstkiem papieru na którym przeczytałem: Metryka urodzenia: Piotra Lenartowicza syna Antoniego i Marii Kolińskiej?? urodzony około R. 1830 prawdopodobnie w Mielcu. Na odwrocie świstka napisana data i podpis ówczesnego proboszcza w Przecławiu. Skany obydwu stron świstka papieru przedstawiam poniżej.



            Zajęty ważniejszymi znaleziskami odrzuciłem skrawek papieru i zająłem się ważniejszymi. Nie posiadałem na ten temat żadnych wiadomości i nie wiedziałem kim był Piotr i jego ojciec Antoni. Upłynęło wiele miesięcy podczas których przesiadywałem w urzędzie parafialnym w Przecławiu szukając w księgach swoich przodków. Natknąłem się tam na imię Piotr, ale dalej ignorowałem ten fakt nie mogąc połączyć go z Mielcem. Wiedziałem, że mój Ojciec i dziadek urodzili się w Przecławiu, tam szukałem własnych korzeni i nic nie wskazywało śladów prowadzących do Mielca.

            Z pomocą przyszedł następny przypadek. Otóż mój znajomy i daleki krewny Adam Skowron, mieszkający w Mielcu, poszedł za moim przykładem i zaczął tworzyć własną genealogię rodzinną. Kiedy rozpoczął poszukiwania w księgach parafialnych Mielca, zadzwonił do mnie oznajmiając, że napotkał nazwiska Lenartowiczów. Poprosiłem go o odnotowanie tych nazwisk z danymi i tak się rozpoczęły poszukiwania. Pragnę tą drogą wyrazić Adamowi Skowronowi ogromną wdzięczność za fakt odnalezienia w mieleckich księgach ogromnej ilości rodziny Lenartowiczów. Adam jako człowiek bardzo dokładny i skrupulatnie zapisujący wszystkie szczegóły wykonał za mnie ogromną pracę za co jestem mu z całego serca wdzięczny. Na potwierdzenie szczegółów sam się potrudziłem i potwierdziłem osobiście odnalezione przez niego dane.

            Okazało się, że Piotr ze świstka papieru był moim pradziadkiem, a jego ojciec Antoni mieszkał w Mielcu na Borku ze swoją liczną rodziną, był młynarzem i moim prapradziadkiem. Na podstawie zebranych danych wykreśliłem wiele wykresów genealogicznych, a jeden z nich przedstawiam poniżej.
Przy nazwisku Antoniego był dopisek po łacinie „molitoris, co znaczyło młynarz. Znajdowałem też numery domu i wiele innych szczegółów jak imiona i nazwiska chrzestnych rodzących się dzieci.

            Nie chcąc zanudzać szczegółami mogę z całą pewnością powiedzieć, że moja rodzina od końca XVIII wieku żyła w Mielcu. Najstarszym był Grzegorz do którego ślad prowadzi na Wolę Mielecką, a jego syn Antoni urodził się w 1799 roku. Antoni mój prapradziadek był młynarzem i wraz ze swoją liczną rodziną mieszkał na Borku. Z dwu małżeństw miał co najmniej 8-mioro dzieci.

            Kiedy jednego razu w rozmowie z Adamem Skowronem dowiedziałem się, że na Borku stoi jakiś stary młyn natychmiast tam pojechałem. Odnalazłem stary młyn stojący na posesji Marka Pyrzyńskiego. I co się okazało? Okazało się, że najmłodsza córka Antoniego Lenartowicza wyszła za mąż za Michała Pyrzyńskiego i tym sposobem młyn przeszedł na własność Pyrzyńskich. Po sąsiedzku odnalazłem inne spokrewnione rodziny, co świadczy o sporej posiadłości wraz z młynem należącym dawniej do Lenartowiczów. Ale czy na pewno to był kiedyś młyn Lenartowiczów? Dowodem potwierdzającym słuszność stały się dwie stare mapy z 1895 i 1936 roku, na których zaznaczony został młyn.

Ponieważ zaznaczony na mapkach młyn istnieje w tym samym miejscu, gdzie posesja Pyrzyńskich z młynem, nie mam najmniejszej wątpliwości, że to jest ten sam młyn.







            Stojący w Mielcu przy ulicy Sienkiewicza 79A młyn typu holenderskiego nie posiada już wiatraka, bo został przerobiony na młyn elektryczny z dużą przybudówką. Był to jednak duży młyn którego kopułę ze śmigłem można było linami przekręcać w kierunku wiatru, do czego młyn posiada odpowiednie urządzenie. Należy wspomnieć, że obecny właściciel posesji z młynem nie był świadom faktu, że jego młyn jest o wiele lat starszy niż sądził. W Encyklopedii Miasta Mielca przeczytamy, że zbudowany został na początku XX wieku, czemu zaprzecza odnaleziona mapa z 1895 roku, a więc młyn posiada co najmniej 150 lat. Żałować należy, że nie wpisany został do rejestru zabytków kultury, bo młyn niszczeje. Zainteresowanych zachęcam do obejrzenia młyna, a jego właściciel Marek Pyrzyński, uprzejmy człowiek chętnie pokaże urządzenia młyna w środku, gdzie jeszcze dzisiaj czuć zapach historii. Dobrze byłoby, gdyby zainteresowało się zabytkiem Towarzystwo Miłośników Ziemi Mieleckiej.

            Jeśli o historię chodzi, to warto przy okazji wspomnieć historyka krakowskiego Franciszka Kleina, który wizytował Ziemię Mielecką w czasie zaboru. Miał napisać monografię o Ziemi Mieleckiej, ale przeszkodziła I Wojna Światowa. Pisał w Notatniku Krakowskim, że na tym otwartych połaciach mieleckich ziem stało mnóstwo wiatraków. Sugerował, że nazwa Mielca pochodzi od „miele”. Prawdopodobnie prymitywne urządzenie do mielenia zboża nazywało się kiedyś nie młynem, lecz mielcem. Wożono więc zboże mleć do mielca i stąd powstała nazwa Mielec. To bardzo prawdopodobne, ale trudno udowodnić, że nazwa Mielec nie pochodzi od nazwiska Mieleckich, lecz odwrotnie.

            Może jeszcze na zakończenie warto napisać, skąd wzięli się Lenartowicze w Przecławiu. Otóż najstarszy syn mieleckiego młynarza imieniem Piotr, o którym wspomina znaleziony w szufladzie świstek papieru, ożenił się w Przecławiu ze Skowronówną, gdzie kupił sporą posiadłość, wybudował dom z młynem, w którym jeszcze mój ojciec mielił zboże. Spalony został przez żołdaków austriackich podczas I Wojny Światowej.

            Napisałem genealogię rodzinną, gdzie w szczegółach umieściłem odnalezione dane. Opublikowana została przez Śląskie Towarzystwo Genealogiczne w numerze 1 w 2013 roku.

            Tak przedstawia się historia, która jeszcze dzisiaj zaskakuje swoją oryginalnością. Stary młyn zapewne pamięta czasy swojej świetności, bo kiedy wejdziemy do jego wnętrza i zamkniemy oczy zatrzymując się w bezruchu, to nie tylko poczujemy zapach młyna, ale także usłyszymy cichy pomruk jego historii.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 14 grudnia 2014

piątek, 12 grudnia 2014

Tajemnica rysunku



Tajemnica naszkicowanego ołówkiem rysunku
           
            W poprzednim poście opisałem wydarzenie powodujące całą lawinę następstw. Ową lawinę następstw spowodował silny wstrząsający impuls wywołany wepchnięciem mi przez los „Książki do napisania”. Impuls tak mocnego dał mi kopa, że nic już nie mogło zepchnąć mnie z drogi do następnych działań. Przeszkodą nie były już wymówki związane z lenistwem, bagaż lat, stan zdrowia i wiele innych poważnych czynników. Dzięki owemu impulsowi udało mi się pokonać nawet taką trudność jak znajomość komputera, bo należało fakty z pamięci przełożyć na pamięć elektroniczną. Sprawa nie była łatwa także dlatego, że rodzice nie wiele mi przekazali wiadomości o rodzinie. Ojciec zginął zabity przez Niemców, gdy miałem 16 lat, a moje dzieciństwo spełniło się w latach wojny w walce o byt i przetrwanie. Wszyscy bardzo ciężko pracowaliśmy, a Ojciec ciężko chory niejednokrotnie pokonywał dziesiątki kilometrów, aby dla rodziny zdobyć środki do życia. Kilkadziesiąt lat później los przerzucił mnie z mojej Małej Ojczyzny Ziemi Mieleckiej do Wrocławia, co utrudniało poszukiwania. Pokonywałem setki kilometrów, żeby tygodniami przesiadywać nad księgami urodzeń, małżeństw i zgonów różnych parafii kościelnych, a nie było to łatwe, bo nie było wówczas Internetu. Odwiedziłem wiele miejsc, wykonałem mnóstwo telefonów, przejrzałem masę dokumentów i przeczytałem stare listy rodzinne. Kiedy odwiedzałem siostrę wyciągałem z szafy szufladę ze starymi szpargałami, w której znajdowały się listy, różnego rodzaju pokwitowania, świstki papieru, różne fotografie i inne przedmioty. To kilka znalezisk w tej szufladzie dało mi następne impulsy kopnięć do działania, a jednym z nich był rysunek, szkic jakiegoś domu z opisem.
Rysunek dołączony był do listu, ale nazwisko autora nic mi nie mówiło. Nigdy nie słyszałem nazwiska Siekierski Kazimierz, który był autorem rysunku i listu. Miałem jednak szczęście, bo z treści listu do mojego Ojca datowanego w 1942 roku wynikało, że list wysłano z Łapanowa powiat Bochnia województwo Małopolskie. Nic nie mogło mnie powstrzymać, aby jadąc z Wrocławia do swej Małej Ojczyzny Mielca i odwrotnie, zboczyć z żoną niewiele kilometrów i do Łapanowa dojechać. Autor listu, stary człowiek pisał, że mieszka w miejscu skąd niedaleko po śmierci będzie miał na cmentarz, co było pewną wskazówką. Kiedy podjechaliśmy pod cmentarz i rozpoczęliśmy spacer po ulicy zauważyłem za płotem zarośnięty krzakami i wysoką trawą dom przypominający dom ze szkicu. Zainteresowało nas to, a kiedy przedostaliśmy się za ogrodzenie nie było najmniejszej wątpliwości, że był to dom, którego szkic znalazłem w starej szufladzie.











            Dom był opuszczony nikt w nim nie mieszkał. Z rozmów w parafii u księdza proboszcza, w Urzędzie Gminy, z przypadkowymi ludźmi, a także informacji w liście wyłonił się obraz mieszkającej tam rodziny. Okazało się, że Kazimierz Siekierski – autor rysunku z listem był bratem pierwszej żony mojego dziadka Franciszka Lenartowicza. Byłem zaskoczony, bo nie wiedziałem o tym. Znalezienie i z identyfikowanie domu z rysunkiem wyzwoliło mnóstwo następujących informacji rodzinnych. Wiele się dowiedziałem. Udało mi się uratować przed zniszczeniem skrzynkę dokumentów, fotografii i listów pochodzących z wymarłego domu Siekierskich. Nie chciałbym zanudzać czytającego szczegółami. Podkreślić jednak muszę, że na podstawie następnych śladów dotarłem do żyjących członków tej rodziny wizytując ich w Sarnakach na północy Polski. Dokumenty po tej rodzinie okazały się bardzo ciekawe. Jednymi z nich jest kilkanaście listów miłosnych kaligrafowanych w kilku kolorach z przed 120 laty przez Józefa Małyńskiego - oficera wojsk ze Lwowa do swej wybranki Marii Siekierskiej. Wspaniała lektura ówczesnych zachowań ludzkich. Z wymarłego domu Siekierskich było nie daleko na cmentarz, gdzie odnalazłem zmarłych. Kiedy prześledziłem z różnych źródeł dokumenty, listy i fotografie wyłonił się z historycznego cienia obraz Siekierskich. Najlepiej przedstawi to genealogiczny załączony wykres.
Wprawdzie istnieje w nim wiele znaków zapytania, niemniej jednak wyjaśnia kim był Kazimierz Siekierski autor listu ze szkicem domu. W okresie międzywojennym był senatorem w rządzie Witosa i znaną postacią w Łapanowie. Świadczą o tym odnalezione dokumenty. Poniżej zdjęcie z lat międzywojennych, gdzie w środku siedzi Kazimierz Siekierski odznaczony dużym medalem na piersiach. Pozostałe osoby nie są znane.
Edward - ojciec Kazimierza był w Łapanowie pedagogiem, a dotyczy to połowy XIX wieku. Miał 6-cioro dzieci, a wśród nich najstarszą córkę Annę wydaną za mąż za mojego dziadka Franciszka Lenartowicza. Poznali się z dziadkiem w Woli Gołego i tu znów wyłoniła się zagadka, gdzie to było. Otóż tak nazywała się przed laty Wola Baranowska znajdująca się w pobliżu Baranowa Sandomierskiego, gdzie Anna przebywała u swego stryja Jana. Zadawałem sobie pytanie jak mój dziadek poznał się z Anną i dochodzę do wniosku, że poprzez rzeźbiarstwo. Świadczyły o tym podobne elementy rzeźb na domu Siekierskich, do tych na rodzinnym domu Lenartowiczów w Przecławiu spalonym w 1939 roku. Wiadomo mi, że dziadek Franciszek oprócz młynarstwa zajmował się również rzeźbiarstwem i stąd się to wzięło. Dziadek z Anną mieli 2 synów jednak Anna zmarła mając 39 lat w 1895 roku.

            Ostatnimi mieszkańcami domu Siekierskich był syn Tadeusz i córka Zofia obydwoje nie zamężne dzieci Kazimierza Siekierskiego i żony Bronisławy. Tadeusz jako żołnierz w 1939 roku w bitwie z Niemcami pod Pszczyną został ranny, a odnaleziony wykrwawiony w polu bitwy po 4 dniach został uratowany, jednak wdała się gangrena i została mu odjęta noga. Zmarł przeżywszy 87 lat w 2002 roku. Jego niezamężna siostra Zofia zmarła w 1986 roku. Widać z dat, że Tadeusz był ostatnim mieszkańcem owego domu, a wraz z siostrą niedaleko mieli na cmentarz, gdzie obecnie spoczywają.




            Może należałoby na tym zakończyć temat Siekierskich, gdyby nie to że dwoje z tej rodziny to lotnicy. Wracając do Kazimierza, to miał on z żoną Bronisławą 7-mioro dzieci, z których oprócz Zofii i Tadeusza był także syn Stanisław będący w wojsku mechanikiem lotniczym. W 1939 roku po wybuchu wojny ostatni kontakt był z nim z Rumunii. Niestety do Francji i Anglii, gdzie polskie wojska ewakuowano Stanisław już nie dotarł. Prawdopodobnie zginął jak wielu Polaków nie mających szczęścia walczyć z Niemcami. Mężem jednej z Siekierskich był pilot Henryk Brusch, za którego Jadwiga wyszła za mąż w 1929 roku, ale nic więcej ponadto nie udało mi się ustalić.

            Oto tylko drobna część historii ukrytej w szkicu rysunku. Warto było ją utrwalić, bo może ktoś z potomnych zastanowi się kiedyś nad ich losem, obejrzy utrwalone dokumenty i poduma. Znajdują się one w moim komputerze w genealogii, w folderze pt. Rodzina Siekierskich rysunek, list i fotografie, gdzie szerzej opisuję powyższe wydarzenia. Wiele osób z tej rodziny nie udało mi się z identyfikować ze zdjęć i innych dokumentów. Czas robi swoje i zaciera ślady przeszłości.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 12 grudnia 2014

wtorek, 2 grudnia 2014

Dlaczego tworzę genealogię rodzinną i piszę Wspomnienia?



Dlaczego tworzę genealogię rodzinną i własne wspomnienia?

            Pragnę poniżej odpowiedzieć na tak postawione pytanie, albowiem często zdarzało mi się spotkać z oporami i niechęcią do wydarzeń z przeszłości tak u członków własnej rodziny jak i innych. Wynika to z różnych przyczyn i występuje przeważnie u ludzi młodych, a ja to rozumiem, gdyż swego czasu sam byłem młody i też nie interesowały mnie wydarzenia z przeszłości do których także należy genealogia. Ponieważ dzisiaj u schyłku życia zdaję sobie sprawę, jak wiele straciłem, chciałbym ustrzec czytającego, aby nie popełnił mojego błędu i nie czekając zaczął zbierać wszystkie dotyczące rodziny informacje. A są to informacje nie tylko kto do rodziny należał, ale także co w ich życiu się wydarzyło. Biorąc pod uwagę, że my i pokolenia poprzedzające nas żyliśmy w tak trudnych i bogatych w wydarzenia czasach, nie powinniśmy dopuścić, aby pamięć o tym zaginęła. Warto pamiętać, że wydarzenia rodzinne składają się na całą naszą historię, a nade wszystko należy sobie zdać sprawę, że informację nie utrwalone i nie przekazane bezpowrotnie zginą. Jeśli ja, ty, ona i on nie utrwalimy tego co przeżyliśmy, co przeżyli nasi ojcowie i dziadkowie tego nie będą wiedzieć nasze dzieci i wnuki. Jeśli przerwiemy łańcuch genealogicznych powiązań, będzie to tak jakbyśmy odcięli drzewo od korzeni. Nie dopuśćmy, abyśmy nie potrafili odpowiedzieć naszym wnukom na podstawowe pytania dotyczące naszych ojców i dziadków.
            Mam ogromną satysfakcję, że wiele ciekawych rodzinnych odkryć dokonałem i z tym poniżej chciałbym się podzielić. Natomiast żałuję, że przez własne zaniedbania utraciłem bezpowrotnie większą ilość najciekawszych faktów, które mogą jedynie tkwić w moich domysłach. Pragnę podzielić się w następnych postach tym, jak z drobnych zapisków, rysunków czy fotografii odczytałem interesujące fakty. Pragnę także przedstawić, co dało mi impuls do tego, że zacząłem tworzyć genealogię rodzinną i opowieść o własnym życiu.
            Jak każdy człowiek, tak i ja zastanawiałem się nad swoim życiem oceniając co w nim zrobiłem dobrze, a co mi nie wypaliło i na ile mógłbym to poprawić. Często myślałem o przeżytym życiu, o tym co przeżyłem. Co opowiadali rodzice. Zastanawiałem się jakie oni mieli życie, a także bardzo często zastanawiałem się nad swoimi przodkami. Skąd pochodzili itd. Ojciec opowiadał, że dali mi na imię Teofil, gdyż takie imię miał mój przodek, poeta Teofil Lenartowicz zwany lirnikiem mazowieckim i żyjącym w 19-ty wieku. Doszedłem do wniosku, że warto pogrzebać w dokumentach, aby coś więcej dowiedzieć się na ile jest w tym prawdy. Zastanawiałem się też nad swoim życiem i dochodziłem do wniosku, że było ono bogate w wydarzenia i że warto to wszystko co przeżyłem zapisać. Dzieciństwo, trudy okupacyjnego życia, ciężka praca. Okres po wyzwoleniu. Komuna. Wiele zagranicznych pobytów w egzotycznych krajach. Praca na delegacjach zagranicznych i krajowych to wszystko warte jest zapisania. Dochodziłem do wniosku, że żadne inne pokolenie niż moje nie było świadkiem takich przemian. Przecież ja pamiętam życie, kiedy do wszystkiego dochodziło się z ogromnym trudem. W moim życiu doszło od życia z lampą naftową do lotów człowieka w kosmos. Od pisania z kałamarza atramentem w szkole do bardzo szerokiej komputeryzacji. Od czasów, gdzie na wsi nie było ani jednego telefonu, do czasów gdzie każdy człowiek ma przy sobie osobisty telefon i z każdego miejsca w każdej chwili może zadzwonić. Kiedy miałem 16 lat często z rówieśnikami zastanawialiśmy się jak będzie wyglądał świat w 2000-nym roku. W opowieściach fantastycznych czytało się wówczas o szklanych domach i wielu innych cudach techniki. Wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy, że rzeczywistość prześcignie tamte fantastyczne opowieści i że dożyjemy takich czasów. Tak sobie często myślałem, ale nigdy nie dochodziło do takich działań, aby swoje życie zapisać, a jeszcze bardziej potrudzić się szukania w dokumentach, aby potwierdzić to co od rodziców i innych starszych członków rodziny i innych starszych słyszałem.
            Tak biegły lata, aż dobiegły do takiego momentu, że dobiegłem do kresu życia i wylądowałem w szpitalu. Choroba była poważna, przechodziłem kolejne operacje, a pobyt w szpitalach przedłużał się. Kto leżał dłużej w szpitalu ten zna leżenie na szpitalnych łóżku z oczami wbitymi w sufit i przemyśleniach o własnym życiu. Intensyfikacja myśli o chwyceniu za ołówek i zaczęciu pisania następowała z każdym dniem, ale ciągle były jakieś przeszkody. Kiedy tak pewnego dnia leżałem na szpitalnym łóżku z oczami wbitymi w sufit myśląc o minionym życiu uchyliły się drzwi do sali i wszedł pielęgniarz. Na 4-roosobowej sali leżało 3 pacjentów, a jednym z nich byłem ja. Pielęgniarz zwrócił się do mnie.
--- Zbieram datki na wykończenie łazienki.
Była to swoista forma, jaką stosowano, aby podnieść standard urządzeń sanitarnych na oddziale. Powiedział, że już jedną łazienkę z podobnych datków wykończyli, a teraz robią drugą.
--- Jak pan wstanie, to zobaczy jak pięknie wyłożona jest kafelkami.
Dałem mu kilka złotych, a on w zamian dał mi książkę. Mówił, że jeden z pacjentów przekazał szpitalowi owe książki, właśnie w takim celu. Kiedy wyszedł wziąłem książkę do ręki i zacząłem czytać. Zatytułowana była „Książka do napisania", a po odwró­ceniu okładki przeczytałem.
PRZESŁANIE.
Każdy człowiek powinien napisać coś więcej w swoim życiu niż tylko podanie o pracę. Tym bardziej, że życie KAŻDEGO człowieka, to przynajmniej jedna książka. Nienapisana, lecz przeżyta. Każdy człowiek jest stale w ruchu, w drodze. Stanął na niej już w chwili swego urodzenia i nieustannie dąży do jakiegoś celu. Dopóki jest w drodze, dopóty żyje!
Każdy człowiek Jest również poetą, ale tylko niektórych, los obdarzył łaską talentu, który pozwala im tę poezję wyrazić i przekazać innym. Ale każdy może, często nawet powinien, napisać tę nienapisaną, swoją książkę. Utrwalić ślady swojej drogi. Urodę chwili, smak przygody, siłę marzenia, sekretne zwierzenia, pamiątkową fotografię, lub własnoręcznie wykonaną ilustrację. Obojętnie czy ma się lat 16 czy 60. A książka już jest! Gotowa, oprawiona. Wystarczy tylko wziąć pióro, czy długopis do ręki, pomyśleć, podumać, skupić się i zapełnić białe kartki.
A więc: powodzenia, lekkiego pióra i radości przy rodzinnej lekturze!
W podpisie. Pierwszy Sufler

 Poniżej tył książki.
Byłem niesamowicie zdumiony sposobem jakim opatrzność włożyła mi do rąk ową książkę. Nie jestem zbyt przesądnym, jednak uznałem ten fakt za znak, że muszę zastosować się do nakazu i wykonać polecenie opatrzności. Od tego momentu nie miałem już wymówki,   że nie mam czasu, gdyż leżąc w szpitalu miałem go aż za dużo. Nie mogłem mówić, że nie mam na czym pisać, gdyż leżała obok mnie książka do napisania z 250 pustymi stronami. Nie mogłem się nawet wymówić, że nie mam długopisu, gdyż ten leżał w szufladce szpitalnego stoliku. Chodziło tylko o to, jak to zrobić leżąc na łóżku. Przez kilka dni ćwiczyłem różne pozycje i jakoś mi to nie wychodziło. Kiedy trzymałem książkę w lewej ręce i prawą pisałem w powietrzu nad sobą, to ręce bardzo szybko męczyły się i opadały. Stopniowo jednak, kiedy zacząłem nabierać sił i unosić się na łóżku do pozycji na poły siedząco-leżącej to podciągałem do zgięcia swoją zdrową prawą nogę i w ten sposób opierając na niej swoją „książkę” swobodnie mogłem pisać. Kiedy zmęczyłem się w takiej pozycji kładłem się i patrząc w sufit obmyślałem następne do napisania zdania.
            Wracały wówczas wspomnienia lat dziecięcych, najpiękniejsze ze wszystkich. Przypominałem sobie pierwsze samodzielne wyprawy na podwórko kamienicy w Katowicach. Nie ważne, że to podwórko okopcone było sadzą śląskich kominów, ale ważne było, że tkwiło w mojej świadomości. Później przychodziły następne wspomnienia i tak kolejno, aż do tego momentu. Czym głębiej sięgałem do tajników swojej świadomości tym więcej wydobywałem z niej dawno już zapomniane fakty. Przypominały mi się nie tylko wydarzenia, ale także nazwiska uczestniczących w nich ludzi. Wyłaniali się z mojej pamięci i uczestniczyli w dawno zapomnianych wydarzeniach, które dzięki temu stawały się od nowa żywe. Pisząc zapominałem o bólu, a czym więcej pisałem tym bardziej rozkręcałem się i lepiej szło mi pisanie.
            Tak zaczęła się opowieść o moim życiu i wkrótce zapisałem 250 białych kartek, a żona zaczęła mi przynosić następne bruliony. Pobyt w tym szpitalu i innym był długi, co doprowadziło, że przybywało zapisanych brulionów.
            Kiedy już wróciłem ze szpitala do domu przepisywałem z brulionów na maszynie zapisane treści i uzupełniałem je szerszymi danymi. Miałem już ponad 400 stron maszynopisu A-4, kiedy okazała się konieczność przejścia na komputer, bo na wydruku nie można było nanieść poprawek bez przepisania całości. Wynikła konieczność kupna komputera, nauka jego obsługi i nauka pozostałych czynności jak skanowanie, drukowanie, kopiowanie, przenoszenie i obróbka zdjęć. Następnym krokiem było uzupełniane treści o imiona i nazwiska rodzinne o których wcześniej nic nie wiedziałem i co za młodości mnie nie interesowało. Rodziców nie było już na świecie. Ojca Niemcy zamordowali w 1944 roku, a mama też już nie żyła. Na szczęście w domu rodzinnym nie było zwyczaju wyrzucać starych dokumentów i w ogromnej szufladzie szafy, znalazłem stare listy, zapiski, pamiętnik pisany ręką ojca i wiele innych dokumentów. Z dokumentów i listów zaczął się wyłaniać obraz genealogiczny rodziny. To właśnie w tej szufladzie znalazłem kilka na pozór mało znaczących śladów, za którymi  idąc odkryłem niesamowicie bogate w wydarzenia treści. O tych śladach i tajemnicach jakie za nimi się kryją pragnę w następnych postach napisać, gdyż są one naprawdę ciekawe.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 2 grudnia 2014