środa, 1 sierpnia 2018

Moje wspomnienia z dnia 1 sierpnia 1944 roku




 ŚMIERĆ ZAGLĄDA W OCZY

Przeżyliśmy zimę 43/44 i wydawało się, że z nadejściem lata lżej będzie nam żyć. Mieszkaliśmy w domu po cioci, więc mieliśmy bliżej do ogrodu, własnego pola i nie musieliśmy chodzić po obcych stajniach do naszej krówki. Poza tym świtała nadzieja o nadchodzącym froncie wschodnim, a więc wyzwoleniu z jarzma, w jakim żyliśmy. Wprawdzie Kurier pisał, że Nie­mcy wycofali się, spod Żytomierza na swoje „z góry upatrzone pozycje”, ale plo­tka donosiła, że Rosjanie wkrótce u nas będą. Widać było pewne zdenerwowanie w zachowaniu się Niemców. Ci nadludzie zaczynali się bać o swoją skórę. Zresztą mieli się czego bać, po tylu popełnionych zbrodniach.
Szwagier Ludwik opowiadał, że z 5.000 jeńców rosyjskich pozostało w Lignozie tylko 5-ciu Rosjan, których lekarze nie­mieccy badają jakim cudem udało im się tak trudne warunki przeżyć. Jeńców pozbawio­no życia w niecały rok od ich przywiezienia.
Coraz częściej mówiło się o partyzantach, którzy przeszli z działań gole­nia głów kobietom zadającym się z Niemcami do działań bardziej represyjnych w stosunku do samych Niemców. W niektórych wioskach znajdowali się niemiec­cy kolonizatorzy gospodarzący na polskich ziemiach. Taką niemiecką kolonią jeszcze z przed wojny była wioska Goleszów położona między Przecławiem a Mielcem. Na  tych i innych Niemców zaczynały mnożyć się napady. Robili to partyzanci, ale w ta­mtych czasach nikt nie wiedział czy robiła to Armia Krajowa, Gwardia Ludowa czy inna organizacja wojskowa. Nikogo w tamtym czasie nie interesowało polityczne zaplecze organizacji, albowiem liczyła się jedynie walka z okupantem. Wszystkich, którzy z Niemcami wal­czyli nazywano po prostu partyzantami. Dopiero po wojnie poznawaliśmy nazwy i zaplecza polityczne tych walczących organizacji. Śmiem twierdzić, że A.K. na terenie Przecławia i sąsiednich okolic była jedyną organizacją działającą na tym terenie.
Co jakiś czas słyszało się o jakiejś dywersyjnej akcji prze­ciwko Niemcom. To się słyszało, że zabito niemieckiego żołnierza na Tuszymie to znów, że w Kiełkowie obrabowano niemieckiego baora.
Kończyłem właśnie 16 lat i z mizernego dziecka wyrastałem na młodzieńca. Chętnie poszedłbym też tłuc tych przeklętych Szwabów, gdybym wiedział gdzie mam się do partyzantów udać.
W styczniu 1944 roku otrzymałem tak zwaną KENNKARTE, czyli odpowiednik obecnego Dowodu Osobistego, którą musiałem zawsze przy sobie nosić, kiedy szedłem do pracy czy gdziekolwiek.
Kenkarta mojego Ojca


Moja Kenkarta
Wykonane z miękkiego papieru, o dużym formacie bardzo szybko się niszczyły. Były używane jeszcze jakiś czas po wojnie.
Ostatnią pracę, jaką wykonywałem za okupacji było kopanie kanałów melioracyjnych na wsi Podole w firmie, którą posiadał Stefko. Praca nie była zbyt absorbująca czas. Razem z innymi chłopakami praca odbywała się na świeżym powietrzu. Nie było zbyt silnej kontroli, więc można się było częściej poobijać. Latem 1944 roku zaprzestałem całkowicie chodzenia do pracy, gdyż firma Stefki rozleciała się. Stefko zwiał ze strachu przed partyzantami i Sowietami. Nawet nie wysilił się, żeby zapłacić nam za pracę tych kilka marnych groszy, jakie nam płacił.
Tak mijały trudne chwile okupacyjnej niewoli. 1 sierpnia 1944 roku nie wiedzieliśmy, że to właśnie w tym dniu wybuchło powstanie w Warszawie. U nas był to normalny pracowity dzień, ale po kilku napadach na Niemców wisiała w powietrzu atmosfera niepokoju i strachu. W tym dniu Rodzice poszli razem z Ludwikiem w pole. Marysia została w domu. Była już w 6-tym miesiącu ciąży, więc oszczędzaliśmy ją.
Było już dobrze po południu, kiedy wyszedłem na rynek, żeby zasięgnąć wiadomości, co się dzieje. Kurier Polski choć nie pisał pra­wdy to i tak nie docierał do Przecławia od jakiegoś czasu. Wszystkie więc informacje przekazywane były z ust do ust tak zwaną pocztą pantoflową. Na rynku panowała cisza i spokój. Zdziwiłem się, gdyż ni­kogo nie zauważyłem. Rynek był pusty. Postałem chwilę z myślą, że może nadejdzie ktoś z chłopaków i coś się dowiem, lecz w pewnym momencie od strony kościoła rozległ się przeraźliwy krzyk.
--- Uciekać, Niemcy jadą!
To nie były żarty. Dałem natychmiast drapaka, powtarzając krzykiem.
--- Niemcy jadą, uciekać!
Po chwili byłem już na naszej ulicy, biegłem i ciągle wrzeszczałem pragnąc ostrzec, kogo się dało. Mamusia wracała właśnie z Ludwikiem z pola. Krzyknął­em więc do Ludwika żeby uciekał, ale nie musiałem już tego robić, gdyż wrzaski w języku niemieckim i rechot karabinów maszynowych świadczyły same o tym co się dzieje. Pędem wbiegłem do naszego ogrodu, a Ludwik pędził za mną. Strzały i krzyki były już cał­kiem blisko. Wpadłem więc w tyczną fasolę i wcisnąłem się w ziemię. Ludwik zrobił to samo niedaleko mnie. Nagle usłyszałem krzyk Niemca.
--- Koma heja!
Krzyk dochodził z odległości nie większej jak 10 metrów od nas, a ja zdałem sobie sprawę, że szwabisko szło ścieżką między naszym ogrodem, a Kopaczami. Uświadomiłem sobie, że zobaczył nas jak wpadaliśmy w fasolę i nie ma innej rady jak wstać i poddać się. Chciałem to zrobić, ale strach odebrał mi wszystkie siły i nie mogłem podnieść się. Z trwogą oczekiwałem chwili, kiedy kule z jego automatu dosięgną mnie i zaczną wbijać w moje ciało. Zamiast jednak tego szwab ponowił swoje.
--- Koma heja!
Jednocześnie nad głową posypała się seria z karabinu maszynowego. Poprzetrącane kulami tyczki z fasoli spadały na nas i świadczyły, że jeśli nie wyjdziemy następna seria dosięgnie nas. Byłem tak przerażony, że nie byłem wstanie nie tylko podnieść głowy, ale także się ruszyć. Byłem kompletnie sparaliżowany, gdy do mojej świadomości dotarło, że następna seria z automatu poszła już nieco dalej, a głos oddalał się. Zrozumiałem wówczas, że szwab minął nas i poszedł ścieżką w kierunku pola. Dalej powtarzał swoje.
--- Koma heja!
I dalej siał seriami, ale dochodziło to do nas z coraz dalszej od­ległości. Dopiero wówczas uświadomiłem sobie, że on nas nie zauważył i że jesteśmy ocaleni. Czułem się jak dętka, z której zeszło powietrze i dopiero sto­pniowo, powoli zaczynałem odzyskiwać siły. Poruszyłem się czy nie zosta­łem gdzieś trafiony i kiedy już mogłem oddać głos odezwałem się do Ludwika czy żyje. Okazało się, że wszystko jest w porządku. Wstaliśmy, otrzepaliśmy się i poszliśmy do domu. Strzelanina ucichła, uspokoiło się. Niemcy zrobili swoje i odje­chali.
Po jakimś czasie Mamusia zaniepokojona tym, że Tatuś jeszcze nie wrócił poszła po niego w pole. Dobrze już zmierzch się robił, kiedy wróciła wpadając do domu z krzykiem.
Ojca zabili!
Te dwa słowa trafiły we mnie jak grom z jasnego nieba. Zerwałem się i pobiegłem w pole. Wracał stamtąd Władek Bukowy nasz sąsiad. Poka­zał mi kierunek i powiedział krótko.
--- Tam leży.
Podbiegliśmy do niego. Leżał w bruździe przykryty snopem zboża. Ktoś zdjął snopek, a po jego zdjęciu ukazał się przerażający obraz. Tatuś leżał twarzą do ziemi. Z tyłu głowy nie było czaszki, a z tego co pozostało wylewał się na ziemię mózg. Ten okropny widok był ponad moje siły. Wyłem z rozpaczy, modliłem się, tarzałem po ziemi i już sam nie wiem, co robiłem. Chyba nigdy w życiu tak nie rozpaczałem, szok był ogromny.
Wieczorem, gdy już byłem w domu jak w filmie przesuwało się całe moje młode życie. Robiłem sobie wyrzuty sumienia za nieposłuszeństwo wobec Tatusia. Przychodziło mi na myśl wszystko, czym mu dokuczyłem. Drwiłem z niego, wymigiwałem się od pracy, nie chciałem słuchać, a nawet w szamotaninie puściłem mu krew z nosa machnąwszy ręką. Teraz gorąco pragnąłem żeby wrócił i był z nami jak dawniej. Powtarzałem w kółko.
--- Tatuś wróć. Tatuś wróć.
Ostatnie posiadane zdjęcie mojego Ojca Stanisława Lenartowicza
Z tą swoją rozpaczą i jakąś dziwną nadzieją wyszedłem przed dom, wydawało mi się, że to jest nieprawda, że to nie mogło się zdarzyć, że pójdę po niego, zobaczę i zachęcę żeby wrócił. Powtarzałem sobie, że to jest nieprawda. Chciałem gorąco, aby stał się cud, Tatuś przyszedł i po­został z nami tak jak dawniej.
I stał się cud, zobaczyłem jak furtka od ulicy otwiera się i w mo­im kierunku idzie mój ukochany Tatuś. Z krzykiem zatrzasnąłem drzwi i uciekłem do domu. Kiedy wróciłem ogarnął mnie żal, dlaczego uciekłem. Dlaczego nie zaczekałem aby wrócił. Gdy po jakimś czasie ponownie wy­szedłem przed dom zjawy już nie było.
Tatusia przyniesiono i ułożono w pokoju. Ogromną ranę na głowie owiniętą miał ręcznikiem. Miał jeszcze kilka postrzałów w pierś. Pra­wdopodobnie, gdy się krył za kopami zboża został zauważony przez Nie­mców i kulami trafiony w pierś. Później rannego dobili z małej odległości serią z automatu, a ciało przykryli snopem zboża. W pobliżu w kartoflach leżał nasz sąsiad Władysław Bukowy, ale on przestraszony nic nie widział.
Śmierć Tatusia była całkowicie niepotrzebna. Zginął w odwecie za zastrzelenie na moście żołnierza niemieckiego patrolującego most. Pragnę w tym miejscu przypomnieć, że był to okres akcji „Burza”, a więc wzmożonej działalności Armii Krajowej w całej Polsce. W dniu śmierci Tatusia (1.VIII. 1944) wybuchło Powstanie Warszawskie, a do ostatecznej rozprawy z Nie­mcami przygotowywały się wszystkie oddziały w całym kraju.
Dzień przed pamiętnym wydarzeniem dwaj członkowie A.K. por. reze­rwy Stanisław Woźniak i Kazimierz Pociorkowski przenosili broń z Przecławia na Tuszymę, gdzie mieli ją przekazać Olkowi Rusinowi tamtejszemu dowódcy oddziału AK. Rozkaz brzmiał, aby przeprawili się wpław przez Wisłokę, gdyż Tuszyma leży po przeciwnej stronie. Nie usłuchali oni rozkazu i zbyt pewni siebie poszli przez most, gdzie zatrzymał ich niemiecki patrol. Wiadomo było, że na moście jest warta, więc prawdopodobnie poszli tam z gotowym zamiarem rozprawienia się z Niemcami. Kiedy Szwab zatrzymał ich do rewizji wówczas Kazek Pociorkowski wyciągnął broń i strzelił do Niemca zabijając go.
 Nieszczęsnego dnia przed śmiercią Tatusia, Niemcy czynili pościg za bliżej nieokreślonym partyzantem, który uciekając na rowerze uciekał w kierunku lasu. Niemcy nie poszli jednak dalej w kierunku lasu, gdyż bali się partyzantów. Woleli nie ryzykować i wycofali się. Niemcy za za­strzelonego przez partyzantów żołnierza powyciągali z domów około 50 Przecławian. Wywleczono ich na rynek, ustawiono przed nimi karabiny maszynowe i miano rozstrzelać. W pewnym momencie z lamentującego tłumu wystąpił Alfred Lange. Znał on bardzo dobrze język niemiecki i potrafił ubłagać oficera niemieckiego ratując w ten sposób życie niewinnych ludzi. Powiedział, że zginęła już jedna osoba i najprawdopodobniej to poruszyło niemieckiego oficera, który odstąpił od egzekucji. Wzięto jedynie trzech zakładników. Byli to ksiądz proboszcz Karol Zając, sołtys Bronisław Wątróbki i Czesław Bukowy, których następnego dnia, także za wstawiennictwem Alfreda Lange uwolniono. Można powiedzieć, że śmierć mojego Ojca i wstawiennictwo Alfreda Lange spowodowały, że Niemiec dał się ubłagać i zakładników wypuszczono.
W maju 2004, będąc w Przecławiu na zebraniu Koła Miłośników Przecławia, poruszyłem sprawę zbliżającej się 60-tej rocznicy tamtych wydarzeń. Przypomniałem wydarzenia z przed 60-ciu lat z prośbą, aby je upamiętnić. Dowiedziałem się wówczas, że władze gminy mają w planie przebudowę rynku, na którym stanie obelisk upamiętniający tamte wydarzenia. Powiedziano, że pieniądze gmina ma i obelisk być może stanie we wrześniu 2004. Jestem zdania, że podobne rocznice należy upamiętniać, aby młode pokolenia Polaków znały historie wydarzeń swoich przodków. Jest to konieczne nie tylko ze względu na pamięć, ale także na przyzwoitość. Dzisiaj wiadomo, obelisk stanął, ale wydarzeń nie upamiętniono.
Pogrzeb Tatusia odbył się szybko i bardzo skromnie, albowiem odbywał się w atmosferze nadciągającego frontu, a z dala słychać było huk dział. Wprawdzie wojska w Przecławiu widać nie było, ale spodziewaliśmy się oporu na Wisłoce. Niemcy wysadzili w powietrze most, co świadczyło, że Sowieci są już blisko. Zaczął się artyleryjski ostrzał Przecławia, ale większość pocisków przelatywała nad nami i spadała daleko w polu. Trwa­ło tak przez kilka dni i nawet zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Pasąc naszą krasulę nad głową słychać było świst przelatujących pocisków artyleryjskich, ale nie wyrządzały one większych szkód w Przecławiu. Jeden z pocisków trafił w dom Armatysa stojący po są­siedzku naszego domu. Dom się nie zapalił, tylko pod wpływem wybuchu pocisku w powietrze wyleciały obłoki pierza. Pobiegłem tam i wewnątrz domu zobaczyłem w tumanach opadającego pierza zabitego Armatysa. Bardzo się dziwiłem na widok tak dużej ilości pierza. Pochodziło ono z rozer­wanych wybuchem pierzyn, co sprawiało ten niesamowity widok. Kilkanaście dni później trafione pociskami i spalone zostały następne dwa domy na naszej ulicy. Wyglądało jakby jakieś fatum uwzięło się na nas. Już połowa do­mów na naszej ulicy została zniszczona. W innych częściach Przecławia zniszczeń nie było. Nikt tam też nie zginął.
Niemcy ogłosili ewakuację Przecławia dalej na zachód. Mówili, że będzie u nas przechodził front, będą walki, więc dla własnego bezpieczeń­stwa powinniśmy się stąd usunąć. Dziwiłem się, że tak martwią się o nas, kiedy do tej pory gnębili nas i mordowali. Rozumiałem, że chodzi im o to żeby wygodniej mieli rabować nasze domy. Wojsko zaczęło się rozlokowywać w Przecławiu, ale nie byli to już ci sami butni i pełni chwały Niemcy jak ci, których pierwszy raz zobaczyłem. Kiedy jednego razu poszedłem za czymś do Bukowego zastałem na podwórku kilku Niemców. Byli zajęci między sobą rozmową, ale w pewnym momencie jeden z nich odwrócił się do mnie i w swoim szwabskim języku zaczął dawać mi do zrozumienia, że wkrótce będą tu Rosjanie i zapytał czy ja wolę ich czy Rosjan. Jaką prawdę miałem im powiedzieć, czy tę, że kilka tygodni temu zabili mi Ojca i że ich tak nienawidzę, że gdybym miał możliwość to zabijałbym ich w podobny sposób jak oni robili to z nami? Tego jednak nie mogłem im powiedzieć, bo wów­czas niechybnie kropnęliby mnie. Powiedziałem naiwnym, że wolę ich, czym się chyba ucieszyli, bo dalej szwargotali w swoim języku.
Nie było to już to wojsko, co kilka lat temu. Istniała wśród nich mieszanina pokoleń. Wyglądało to tak jakby pomieszano dziadków z wnukami. Teraz w wyniku zagrożenia nie widziało się w tych żołnierzach ani męstwa ani woli walki. Byli jednak dla nas groźni. W swojej nienawiści palili i niszczyli za u sobą wszystko, co się dało. Ostatnim ich akordem było wyrzucać nas z do­mów. Nie wiedzieliśmy czy ich usłuchać i wynieść się nieco dalej, czy też zaryzykować i pozostać w domu. Marysia była w 7-mym miesiącu ciąży i chyba to zdecydowało, że postanowiliśmy pójść do Łączek Brzeskich od­ległych od Przecławia o około 7 km. Powynosiliśmy z domu wszystkie me­ble i ustawiliśmy w ogrodzie. Mamusia wypuściła na dwór kury i króli­ki. Resztę dobytku wzięliśmy na plecy, krowę na sznurek i poszliśmy.
W Łączkach mieliśmy znajomego Piotra Sypra, którego rodzina przy­jaźniła się od lat jeszcze z moimi dziadkami. Piotr był starym kawale­rem mieszkającym z matką. W wiosce tej ludzie żyli jeszcze bardziej prymitywnie niż w Przecławiu. Chałupa Sypra była tak mała, ciasna i nieprzyjemna, że spanie w stodole było o wiele lepszym rozwiązaniem i takie właśnie wybraliśmy. W chałupie była tylko jedna izba, w której stał ogromny piec. Taki piec na wsi służył do wielu czynności. Paliło się w nim dla gotowania potraw, na ciepło i pieczenie chleba. Górna część pieca służyła jako suszarnia, a także jako przechowalnia różnych rzeczy, ale najgłówniejszą rolę, jaką ten piec spełniał w swej górnej części to była sypialnia. Tam można było spać i do tego celu często taki piec służył. W izbie nie było podłogi tylko zwyczajne gliniane kle­pisko.
Przez pierwsze dni mieszkało się nam spokojnie. Niemców nie było, panował spokój, były ciepłe, letnie dni. Tylko nocą latał w powietrzu rosyjski samolot zwiadowczy zwany kukuruźnikiem. Od bomby tego samolotu zginęła w wiosce 18-letnia dziewczyna. W nocy nie zasłonili okna przed światłem. Ruski myślał, że ma pod sobą Niemców i zrzucił bombę. Warkot tego samolotu często słychać było nocą. Niemieckie lotnictwo nie istnia­ło już w tym czasie, a więc i groźne czarne krzyże nie były już widocz­ne na niebie.
Spokojnie było tylko przez niecały tydzień, albowiem przy­jechał oddział SS i z drugiego końca wsi zaczęli palić chałupa po cha­łupie, jednocześnie pozostałym kazali wynosić się dalej na zachód. Nie było innego wyjścia, zabraliśmy dobytek na plecy i powędrowaliśmy dalej. Dotarliśmy do wsi Mokre leżącej na południowy zachód od Łączek i Przecławia. Zatrzymaliśmy się tam i postanowiliśmy, że już nigdzie dalej nie pójdziemy. Poszedł z nami nasz sąsiad z ulicy Trzaskot razem z córką, ale nie mieszkał w Łączkach u Sypra tylko w innym domu. Do Mokrego poszedł z nami i razem zamieszkaliśmy w Mokrem u pewnego bogatego gospodarza. Rozłożyliśmy się ze swoim dobytkiem w stodole. Nie było tam jednak tak spokoj­nie jak w Łączkach. Takich uciekinierów jak my było bardzo dużo i roz­lokowani koczowaliśmy w różnych domach.
Gospodarz za domem miał zrobiony duży schron. Przygotował go sobie wcześniej i to nas chyba uratowało, wkrótce najechało się dużo wojska, ale nie byli to Niemcy, lecz Francuzi służący w niemieckich oddziałach SS. Bardzo się zdziwiłem widząc francuskich SS-manów. Po wojnie nigdy nie słyszałem ani nie napotkałem w prasie żadnej wzmianki na ten temat. Dopiero nie tak dawno usłyszałem w audycji radiowej, że Francuzi służyli po stronie Niemców w regularnych formacjach SS. Wydaje mi się, że tylko Polacy nie stanowili w niemieckiej armii regularnego wojska. Po stronie Niemców walczyli Węgrzy, Rumuni, Czesi, a także Ukraińcy, którzy wykazy­wali najwięcej okrucieństwa. Nie wspomniałem Włochów, których nigdy nie spotkałem, ale z nimi była inna sprawa, gdyż walczyli po stronie Niem­ców w koalicji. Spotkałem także Własowców ze skośnymi oczami i płaskimi nosami, którzy przeszli z Armii Czerwonej na stronę Niemców. Schwytani przez Rosjan nie udawało im się zakamuflować swojego pochodzenia i byli natychmiast rozstrzeliwani za zdradę ojczyzny.
Widać było, że francuscy SS-mani coś przygotowują. Nie wyrzucali nas z domów każąc nam wynosić się na zachód, ale wyraźnie coś knuli. Widziałem jak jeden z nich zwariował, chyba ze strachu przed Rosjanami. Zaczął wrzeszczeć i rzucać się. Córka naszego gospodarza znająca język francuski bardzo wdzięczyła się do tych SS-skich szmat. Podobno była we Francji. Powiedzieli jej, że ma tamtędy przechodzić, (przebijać się) przez front niemiecka brygada pancerna, a ci Francuzi przygotowywali teren i mieli powstrzymywać Rosjan aż do momentu wycofania się niemiec­kiej brygady. Zanosiło się, więc na niezłą orkiestrę. Postanowiliśmy jednak, że nie będziemy już dalej uciekać, niech się dzieje co chce, lecz my pozostajemy.
 Gospodarz nie sprzeciwiał się naszemu pozostaniu, nawet odwrotnie zachęcał nas do pozostania mówiąc, że ma duży schron i jak będą walki to możemy w nim się schronić. Zaraz za wioską położona była niewielka dolina, do której spędzono z całej wioski inwentarz żywy, a więc bydło, konie itd. Bydło i konie powiązano do wbitych w ziemię kołków. Tylko świń nie dało się powiązać, więc chodziły luzem. Mamusia też zaprowadziła tam i uwiązała naszą krasulę. Ta nasza krasula była cały czas naszą jedyną żywicielką, a szczególnie dla Marysi, która była w ciąży.
Przed wieczorem, kiedy zaczął się pierwszy artyleryjski ostrzał udaliśmy się do schronu. Był on masywny i dość głęboki. Schroniło się w nim około 15 osób. Przez cały czas odbywała się artyleryjska kanonada, i nie było to tak jak w Przecławiu, gdzie pociski przelatywały ponad naszymi głowami. Tutaj pociski spadały prosto w nas. Byliśmy w centrum walk, a na naszym schronie rozerwały się 4 pociski. Całe szczęście, że były to pociski z mino-miotów. Trudno jest mi opisać atmosferę strachu, jaka odbywała się w schronie. Płacz, modlitwy i krzyki, po każdym wybu­chającym pocisku i sypiącej się na głowę ziemi. Dochodził do tego hurkot jeżdżących po nas czołgów. Te niemieckie czołgi ostrzeliwały się z za zabudowań. Modliliśmy się wszyscy razem i błagali Boga, żeby pozwo­lił nam przetrwać. To było okropne. Ta ciągła walka odbywała się całą noc, dzień i następną noc. Sąsiad Trzaskot nie wytrzymał, odmówiły mu nerwy posłuszeństwa i wybiegł ze schronu. Myśleliśmy, że poszedł na nie­chybną śmierć. Rechot karabinów maszynowych, wybuchy pocisków pomiesza­ne z hurkotem jeżdżących i strzelających czołgów trwał nadal. Uspokoiło się dopiero po drugim dniu bitwy. Ktoś wychylił głowę ze schronu, a ktoś z zewnątrz krzyknął.
--- Rosjanie już są!
Powoli z niedowierzaniem zaczęliśmy wychodzić ze schronu. Po chwili pierwszy raz zobaczyłem sowieckiego żołnierza. Miał uśmiechniętą gębę.
Kiedy rozejrzałem się, wokół nas roztaczał się przerażający widok. Wieś stanowiła jedno dymiące się pogorzelisko. Dym i swąd dopalanego mienia dopełniały widoku. Nie dostrzegłem ani jednego ocalałego domu. Ślady jeżdżą­cych czołgów świadczyły o tym, że czołgi kryły się za domami. Czołg strze­lał z za domu tak długo, aż Rosjanie wymacali go i spalili dom. Czołg przetaczał się wówczas za inny dom i sprawa się powtarzała. Nie widzia­łem spalonego czołgu niemieckiego, ani zabitych Niemców. Czyżby wszyscy się wycofali? Dopiero później, gdy wracaliśmy już do domu zobaczyłem jednego zabitego i obdartego z munduru Niemca.
Pobiegliśmy za wieś do dolinki, gdzie uwiązaną zostawiliśmy naszą krasulę. Zobaczyliśmy przerażający obraz. Konie i krowy leżały zabite. Rozdęte ciała i stojące do góry nogi zwierząt świadczyły o okrucieństwach wojny. Gdy dochodził do tego widok i swąd dopalających się zgliszcz, nie­uchronnie nasuwało się pytanie.
--- W jakim celu jedni ludzie drugim ludziom czynią tyle zła?
--- Kto wymyślił takie barbarzyńskie wojny i na co są one potrzebne?
--- Dlaczego ludzie nie mogą żyć w pokoju?
Takich pytań można zadawać wiele, lecz niczego one nie rozwiązują.
Naszej krówki wśród tego cmentarzyska nie znaleźliśmy. Urwany sznurek świadczył, że zerwała się ona i uciekła. Czasu na szukanie nie było, bo Rosjanie wypędzali nas żeby się wynosić. Zabraliśmy więc resztki ocalałego dobytku na plecy i ruszyliśmy do domu.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 1 sierpnia 2018 

wtorek, 3 lipca 2018

Mielecki wątek w wrocławskim klubie lotników


Mielecki wątek w klubie lotników „Loteczka” we Wrocławiu
Zaniedbałem się w pisaniu na blogu, a powodem były choroby z pobytami w szpitalu, a także nie ukrywając mistrzostwa świata w piłce nożnej. Obecnie, kiedy nasi piłkarze już wrócili do kraju, pragnę choć częściowo nadrobić zaległości i napisać kilka słów z tegorocznej Gali Złotych Lotek, która odbywa się każdego roku, a w tym roku 16 czerwca.

Nie będę w szczegółach opisywał wszystkiego co się działo, bo nie byłem na mszy świętej w lotniczej kaplicy na Gądowie, więc nie słyszałem interesującego jak zawsze kazania O. Dominika Orczykowskiego. Nie będę też wymieniał laureatów tegorocznych Złotych Lotek, bo nie pamiętam wszystkich, a nie chciałbym nikogo pominąć.

Galę poprowadził jak zwykle w interesujący sposób, wrocławski aktor Robert Gonera.
Siedzą w środku prezes Loteczki - Piotr Radomski, z lewej prezes honorowy -  Adam Bisek przy mównicy - Robert Gonera.

Siedzący na sali uczestnicy Gali Złotych Lotek

Jak wyżej

Siedzą od prawej gen. Gromosław Czempiński i gen. Lech Majewski

Siedzą od prawej  pani Kucharska i O. Dominik Orczykowski

Z lewej zasmucona moja żona Lidka, a za nią Lesław Karst i radosna żona Leszka Mańkowskiego

Stoi Leszek Mańkowski - prezes Klubu Seniorów Lotnictwa w Krakowie
Sala na której się to odbywało była wypełniona po brzegi. Obecnych było 4 generałów, a wśród nich Gromosław Czempiński, i Lech Majewski - były dowódca sił powietrznych Polski. Było wielu znanych mi przyjezdnych, ale z największą moją radością była obecność Mieleckich Gości, czyli dr hab. Włodzimierza Adamskiego, mgr inż. Józefa Roguza i Wita Błaszczaka.
Przemawia dr hab. Włodzimierz Adamski z Mielca

Od prawej O. Dominik, w środku Włodzimierz Adamski

Od lewej Stanisław Błasiak - prezes honorowy Loteczki, Wit Błaszczak i Włodzimierz Adamski - obaj z Mielca, Teofil Lenartowicz, za mną Henryk Kucharski, Józef Roguz - laureat Złotej Lotki i Włodzimierz Ruśkiewicz - lotniczy weteran i powstaniec warszawski

Wit Błaszczak, Włodzimierz Adamski obaj z Mielca i Jan Mikołajczyk - wspaniały senior lotniczy
Ważną informacją szczególnie dla społeczności lotniczej Mielca, jest otrzymanie tzw. Złotej Lotki przez mgr inż. Józefa Roguza i posadzonego przez niego „Dęba Pamięci” w alei zasłużonych. Pan Józef, zasłużony dla lotnictwa człowiek, był przez wiele lat dyrektorem Zakładu Usług Agrolotniczych w Mielcu. Warto w tym miejscu przypomnieć, że to dzięki niemu wiele lat temu „Loteczka” otrzymała śmigło samolotu An-2, które do dzisiaj stoi na honorowym miejscu w lokalu kawiarni, gdzie się spotykamy. Obecnie jest aktywnym działaczem Mielca na rzecz historii lotniczej Mielca. 

Z kilku odznaczonych warto wspomnieć Ojca Dominika Orczykowskiego, który od „Loteczki” dostał na 90-lecie urodzin piękne życzenia.
Piotr Radomski - prezes Loteczki składa gratulacje Ojcu Dominikowi Orczykowskiemu z okazji jego 90 lecia urodzin

Przemawia O. Dominik, a przysłuchuje się prowadzący Galę Rober Gonera - znany wrocławski aktor 



Ojciec Dominik i płk Kazimierz Pogorzelski

Ojciec Dominik, Dobrocińska i płk Kazimierz Pogorzelski
Natomiast ja na swoje 90-lecie otrzymałem album z wykaligrafowanymi przez Andrzeja Szymczaka zdjęciami w formacie A4. Jak pracochłonna to jest rzecz i jak istotna dla mnie, można ocenić jedynie oglądając album. Miałem zamiar przedstawić go tutaj, ale jest zbyt wiele zdjęć do skanowania w formę elektroniczną. W albumie znalazły się piękne życzenia od O. Dominika. Nawiązał on w życzeniach do daty jego i moich urodzin. Różnica istnieje jedynie w miesiącu. On urodził się 29 czerwca w 1928 roku, natomiast ja 29 maja. Rok urodzenia 1928 pozostaje ten sam.
Robert Gonera wręcza mi życzenia na moje 90 -lecie od Loteczki

Jak wyżej, z tym że w reku trzymam album z wykaligrafowanymi przez Andrzeja Szymczaka z Warszawy wieloma życzeniami i zdjęciami w formacie A 4 i na papierze fotograficznym
  

Mielczanie wręczyli mi prezent od zespołu organizacyjnego Stowarzyszenia Promlot i agrolotników z podpisaną dedykacją przez K. Szaniawskiego i Józefa Roguza. Jest to Encyklopedia Miasta Mielca 4-ty tom – autorstwa znanego mi szacownego mgr Józefa Witka oraz wydana na 80-lecie SIMP w Rzeszowie książka współautorstwa Włodzimierza Adamskiego. 
Dr hab. Włodzimierz Adamski wręcza mi prezent od środowisk lotniczych Mielca i składa mi życzenia z okazji moich 90 letnich urodzin

Jak wyżej, w środku Robert Gonera


Już w trakcie pisania tego tematu otrzymałem od Andrzeja Szymczaka przesyłkę z następnymi licznymi wykonanymi przez niego fotograficznymi artystycznymi dziełami. Jego pracowitość jest zdumiewająca, a ja nie mam pomysłu, aby wyrazić swą wdzięczność. Serdeczne dzięki Andrzeju. 

Po wręczeniu Złotych Lotek było sadzenie Dębów Pamięci przez nagrodzonych Złotą Lotką, a następnie odbywały się przy sutym poczęstunku rozmowy indywidualne. Starałem się żoną Lidką zaprosić mieleckich gości do odwiedzenia nas w domu, ale bardzo się spieszyli do powrotu, gdyż pan Włodzimierz wybierał się następnego dnia do Warszawy.

Stoi Jan Mikołajczyk - instruktor, pilot i twórca strony internetowej "Pan Jan Info Serwis" oraz pilot Maszczyńska, siedzą z prawej Tadeusz Kaczmarek z żoną


Przemawia płk Kazimierz Pogorzelski

Stanisław Błasiak i Andrzej Szymczak - pilot i fotograf wyczarowujący piękne treści na fotograficznych dziełach

Wspólne zdjęcie uczestników Gali Złotych Lotek przed hotelem kosmonautów w Orlim Gnieździe

Dwaj niezwykle zasłużeni w lotnictwie, Lesław Karst w agrolotnictwie - to jego zasługą są odbywające się zjazdy agrolotników i ich publikacje, Wiesław Mercik - uzdolniony o wielu zasługach pilot doświadczalny śmigłowców z WSK Świdnik i agrolotnik

Lesław Karst i Piotr Radomski - prezes klubu "Loteczka" Tematem ich rozmowy jest propozycja Lesława, aby następny w 2020 roku Zjazd Agrolotników odbył się we Wrocławiu. Jest to poważne wyzwanie dla klubu Loteczka i czy zostanie podjęte?
Uśmiechnięci Robert Gonera i pani - lotniczy senior z Lotniczych Zakładów Naukowych Wrocławia

Dwoje zadumanych

Jak wyżej

Stanisław Błasiak - honorowy prezes i twórca klubu lotników "Loteczka"

Przed kotelem Kosmonauty stoją Bogdan Ginter, Henryk Kucharski - sekretarz Loteczki, Teofil Lenartowicz z żoną Lidią i niezwykle  ofiarnie pracujący dla  Loteczki Andrzej Szymczak z Warszawy - pilot i fotograf

Nie było na Gali kosmonautów chińskich i Mirosława Hermaszewskiego, jak planował wcześniej nasz sponsor Adam Bisek.

W sumie było to bardzo interesująca impreza, ze względu na spotkanie  i rozmowy z wieloma znanymi osobami z całej Polski, a dla mnie szczególnie z tymi z Mielca, w którym  w lotnictwie spędziłem większość swojego życia.

Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 3 lipca 2018