niedziela, 27 września 2020

Most powietrzny Mielec-Lwów

 

Lwowskie lata

Lata w czasie których pracowałem w Serwisie zakładu WSK PZL Mielec, były latami częstych wyjazdów  służbowych do Lwowa. Było tak przed moją pracą w Afryce, czyli Egipcie, Sudanie i Algierii, jak i po powrocie stamtąd. Okres ten przypada na lata 1970-1983, kiedy po 40 latach pracy odszedłem na emeryturę. Mogę śmiało powiedzieć, że w tym czasie około 2 lata spędziłem we Lwowie. Były to 2 miesięczne wyjazdy do Lwowa, według ustalonego grafiku, gdzie istniała grupa przekazująca stronie radzieckiej wyprodukowane w Mielcu samoloty AN-2. Pisałem o tym na poprzednich kartach swojej opowieści.

Wspominałem tam o zwalczających się grupach podczas przejmowania przez Wawrzyńca Tomczyka kierownictwa nad całością działu Serwisu, w tym nad grupą lwowską. Wycofano wówczas po 8 latach kierownika grupy lwowskiej Józefa C, a na jego miejsce poszedł Tenerowicz, a szefem technicznym został Grinberg.

Wreszcie udało się znieść monopol na zmianę kierownictwa i odtąd zmian dokonywano co 4 lata. Następnymi byli Tadeusz Porębski i szef techniczny Kazimierz Mrówczyński.

Jeśli komuś wydaje się, że decyzje o mianowaniu leżały w gestii kierownictwa resortu eksportu któremu Serwis podlegał, to się myli. Decyzje zapadały w dyrekcji WSK i były głęboko konsultowane z SB i zatwierdzane przez służby KGB we Lwowie.

Świadczą o tym pewne wydarzenia. Kiedy Józef C został wycofany po 8-miu latach ze Lwowa, to zmuszono kierownictwo Serwisu do stworzenia stałego kontaktu oprócz powietrznego, także lądowego między Mielcem a Lwowem. Tajemnicą było, poco i w jakim celu się to stało. Był nim mechanik Stanisław K, któremu kierownik Wawrzyniec Tomczyk musiał przekazać jeden z samochodów w celu stałych wyjazdów do Lwowa. Tym samochodem S.K przekraczał granicę w Mościskach nawet kilka razy tygodniowo i często bez decyzji kierownictwa Serwisu. Nie było tajemnicą, że granica tak w jedną jak i drugą stronę była zawsze dla niego otwarta, tak przez pograniczników jak i tamożników (służby celne) po obu stronach granicy. Stały tam kilometrowe kolejki, a Stanisław K przejeżdżał obok i przekraczał granicę. Był to po moście powietrznym stały most lądowy pomiędzy Mielcem a Lwowem. Może kiedyś historycy wydobędą z archiwów SB do czego było potrzebne ciągłe przekraczanie granicy samochodem Nysa z Mielca do Lwowa i z powrotem. Mechanik kierowca stał się w tych wyjazdach decyzją dyrekcji WSK człowiekiem tak niezastąpionym, że nie można było go podmienić. Można się jedynie domyślać, gdzie leżało źródło owych decyzji i jakie służby o tym decydowały.    

Uważam że historia lotnictwa dotycząca mostu między Mielcem a Lwowem, nie jest powszechnie znana społeczeństwu, a nawet nie jest znana społeczeństwu Mielca. Przeciętny Mielczanin widział na niebie uformowane eskadry samolotów AN-2 lecące w kierunku wschodnim do Lwowa, ale co się za tym kryło tego w szczegółach nie wiedział. Bywało, że kilkakroć dziennie taki obrazek zobaczył. Kulisy tej historii tkwią głęboko w materiałach Służb Bezpieczeństwa po stronie polskiej i jej odpowiedniku po stronie sowieckiej. Dotyczyły one inwigilacji wszystkiego, co się działo na styku przekazywania samolotów stronie radzieckiej. Wiadomo jak mocno granice Związku Radzieckiego były strzeżone. Granica polsko sowiecka na całej długości była co kilka dni na szerokości kilkunastu metrów świeżo bronowana, by można było poznać na niej ślady przekroczenia. Chodziło nie tylko o przemyt artykułów, lecz aby zapewnić nieprzenikanie przez granicę niebezpiecznych streści. Może kiedyś ujawnione zostaną materiały SB dotyczące szczegółów owej współpracy, a historycy w rzetelny sposób przedstawią je społeczeństwu. Mija 60 lat od początku owych wydarzeń, które nie zostały zakończone w latach transformacji ustrojowej. Uważny obserwator dostrzeże je po dziś dzień. Dzisiaj po 30 latach transformacji ustrojowej wiadomo jak tworzono zręby mafijne przestępczości gospodarczej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Związek Radziecki nie opuścił Polski bez utworzenia wcześniej mafijnych struktur. Tylko zaufani ludzie znali dni, godziny i przejścia graniczne wolne na przejazd bez kontroli. Taki proceder trwał na całej granicy Związku Radzieckiego z Polską w tym w Mościskach, a ślady owego procederu znane są w Mielcu. Tak tworzono pierwsze majątki struktur mafijnych. Ich ciężarówki z towarami masowo przekraczały granicę zdobywając finanse. Dzisiaj są to znani potężni biznesmeni także w Mielcu.

Nie będę się jednak zajmował tą częścią, a zajmę się częścią w której sam uczestniczyłem obecnością we Lwowie, od czasu rozpoczęcia pracy w dziale Serwisu i opisanego na wcześniejszych kartach mojej opowieści. Wiele tym czasie w moim życiu się wydarzyło, a mianowicie rozwiodłem się i zmieniłem mieszkanie. Odbyłem roczną pracę jako agrolotnik w trzech afrykańskich krajach. Wcześniej niepełny rok w Indonezji z samolotem Lim 5P, półroczną pracę na Węgrzech i mnóstwo wyjazdów na reklamacje w kraju i za granicą. Jeśli dodam do tego dzieciństwo, wydarzenia z lat wojny, śmierć ojca, ludzka bieda widziana okiem listonosza, nauka i życie w powojennej stolicy i niewolniczą pracę w łączności MBP, to jest to ogromny bagaż doświadczeń. Każde z owych wydarzeń było doświadczeniem życiowym głęboko zapadającym w psychikę i dającym szeroki pogląd na świat w różnych kulturach i systemach politycznych. Analizując z perspektywy czasu swoje życie, odnoszę wrażenie że zbyt późno dorastałem. Byłem od dziecka zakompleksiony i pozbawiony ambicji o swoje. Przyjmowałem jedynie to, co przynosił mi los. Dopiero przyparty do muru rozpoczynałem walkę z losem. Na szczęście nigdy jej nie przegrałem. Tak było w walce o wydostanie się z pracy w MBP, nie dałem się zniszczyć w życiu prywatnym. Życie chociaż zbyt późno, to jednak nauczyło mnie walki. Następne lata, to ciągłe życiowe doświadczenia.    

Poniżej zajmę się tym co działo się we Lwowie podczas przyjmowania z Mielca i przekazywania Sowietom produkowanych w Mielcu samolotów. Warto przy tym wspomnieć, że wszystkie samoloty produkowane w Mielcu na rynek sowiecki podlegały lotom i kontroli 21PW czyli wojskowej, niezależnie czy szły dla wojska, linii lotniczych AEROFŁOT, czy rolnicze lub transportowe. Odwrotnie było na rynek krajowy, gdzie odbiorom 21PW podlegały tylko samoloty dla wojska. Dla odbiorców cywilnych samoloty nie podlegały odbiorom 21PW i lotom wojskowym.

 Samoloty oblatane miały robione tzw. Gotowość Techniczną GT, następnie pakowane w części zamienne i robioną Kartę na Przelot. Przelot odbywał się eskadrą po 6 samolotów, gdzie jeden z nich tzw. lider wracał z załogami z  powrotem do Mielca. Samoloty leciały wyznaczoną trasą do Lwowa, przekraczając granicę ZSRR w określonym miejscu, gdzie z lornetą stał sowiecki pogranicznik. Sprawdzał on numery lecących samolotów, przekazując ich potwierdzenie pogranicznikom we Lwowie. Jeśli z jakiegoś powodu nie odczytał numeru któregoś samolotu wówczas Lwów odmawiał przyjęcia i samoloty wracały do Mielca. Zdarzało się, że samoloty z nad Lwowa wracały do Mielca, bo nie miały zgody na lądowanie. Po wylądowaniu samoloty kołowały na stojankę, a mechanicy musieli bardzo uważać, aby przed odprawą nie mieć kontaktu z samolotem lub załogą. Byliśmy obserwowani przez lornetkę z wieży i pod tym względem łatwo było podpaść. Samoloty po odprawie paszportowej i celnej były kotwiczone na stojankach, zdejmowany był akumulator i samolot zostawał zamknięty i zaplombowany.

 Zmorą dla nas był fakt, że piloci nie chcieli w tym samym dniu wracać, gdyż każdy z nich chciał coś za­łatwić, kupić, lub z kimś się spotkać. Aby im się to udało przylatywali tak późno, aby już nie mogli w tym samym dniu wrócić. Dla nas było to ogromnym utrudnieniem, gdyż musieliśmy do późnego wieczora na lotnisku na nich czekać. Na krótkim dniu nie było to zbyt uciążliwe, ale na długim dniu bardzo.   

Baza we Lwowie znajdowała się od 1962 roku, a pierwszym jej szefem był Józef C. Pomieszczeniem był barak po lewej stronie pasa startowego lotniska komunikacyjnego na Skniłowie. Dopiero po około 10 latach baza przeniesiona została do nowo wybudowanego budynku w pobliżu portu lotniczego. Był to piętrowy budynek zajmowany na parterze przez mechaników, szefa technicznego i magazyn części, natomiast piętro zajmował szef grupy z Mielca, Kalisza i kierownictwo strony sowieckiej.

Po prawej stronie pasa startowego istniała sowiecka jednostka wojskowa korzystająca z owego pasa. Wyznaczoną mieliśmy stojankę na dużej część lotniska od strony Skniłowa, gdzie bywało często zakotwiczonych do 50-ciu samolotów An-2, czekających na odbiór przez stronę radziecką. Tam mechanicy przekazywali je ekipom przybywającym ze wszystkich stron Związku Radzieckiego. Na stojance wśród samolotów znajdowała się niewielka budka, chroniąca mechaników przed deszczem i mrozem, w czasie przekazywania samolotów, oczekiwania na przyloty i wykonywanie innych koniecznych prac.  

Do Lwowa pojechałem pierwszy raz na początku 1971 roku. Myślę, że nie zaskarbiłem sobie zaufania u wszystkich członków grupy lwowskiej. Działały pewne intrygi, nikt nikomu nie ufał. Służbom, które miały nas pod opieką po obu stronach granicy było bardzo na rękę, jeśli większość ludzi było skłóconych.

Początkowe niewiele Lwowa widziałem. Siedzieliśmy do późna na lotnisku, a po pracy i zjedzeniu czegoś już się nie chciało, bo na dojazd do centrum trzeba było stracić prawie godzinę. Stopniowo jednak poznawałem Lwów. Gdy były wolne soboty lub niedziele, to chodziłem i zwiedzałem. Pragnę tu nadmienić, że w tamtym czasie w ZSRR były już wprowadzone wolne soboty, czego u nas jeszcze nie było. Wiele lwowskich uliczek przypominało mi Kraków. Lubiłem jeździć i zwiedzać cmentarz Łyczakowski.

Nie będę się jednak rozpisywał o zabytkach Lwowa, gdyż te są ogólnie znane. Skupię się na pracy i tym, czym sam się zajmowałem, a nade wszystko nad konfrontacją rzeczywistego namacalnego socjalizmu z tym, którym mnie karmiono od wielu lat. Pamiętam jak często w prasie, radiu, na zebraniach partyjnych, prasówkach i masówkach stawiano nam za wzór człowieka radzie­ckiego. Teraz miałem możność na własne oczy zobaczyć tego człowieka. Człowiek ten, którym się tak szczycono chodził brudny, przeważnie pi­jany i zamiast o pracy i swej rodzinie myślał, co, gdzie i jak ukraść, aby mieć na wódkę. To, co mnie zaskoczyło to fakt, że najcięższe prace wykonywa­ły kobiety. Bardzo często na budowach i przy remontach domów widziałem machające kielnią kobiety, co u nas było rzadkim zjawiskiem.

Mieszkaliśmy na Ul. Tiereszkowej dwa przystanki trolejbusem do portu lotniczego. Strona radziecka przekazała nam w tamtejszych blokach kilka mieszkań. Jedno zajmował kierownik Tenerowicz wraz z rodziną, drugie jego zastępca Gringerg, a trzecie przedstawiciel od spraw silnika z Kalisza, wszyscy z rodzinami. Pozostałe trzy mieszkania zajmowali mechanicy, których było czterech, dwu po płatowcu, osprzętowiec i jeden po silniku z Kalisza. Mieszkania te w pe­łni były wyposażone w meble, lodówki i telewizory. Wszystko było wyposażeniem przywiezionym z Mielca. Była kuchnia, łazienka, więc w kuchni można było sobie samemu gotować, co często czyniliśmy. Mieli­śmy kłopoty z wodą, bo rury nie były cynkowane, lecz czarne. Często żeby poleciała woda i zapalił się gaz w piecyku gazowym, trzeba było stukać młotkiem w załamania rur tak długo, aż siedząca tam rdza ustąpiła. Jeśli udało się ją zruszyć to poleciała woda i zapalił się gaz. Tego typu mankamenty spotykało się na każdym kroku, a wszystko to było wynikiem pracy człowieka radzieckiego, którego stawiano nam za wzór.

Do sklepu mieliśmy niedaleko, a te otwarte były od wczesnego ranka do godziny 22-giej, nawet w sobotę i niedzielę. Zaopatrzenie sklepów jeszcze wówczas było jako takie, ale atrakcyjniejsze towary dostawało się z pod lady oczywiście po zapłaceniu odpowiedniej „nacenki”. Najbardziej dostępnym towa­rem był alkohol.

Byliśmy w czwórkę mechaników i jak było mniej pracy to jednego wysyłaliśmy do domu, żeby coś kupił i ugotował obiad. Bardzo dobrze ro­bił to Zdzisław Kiełb, ja też dobrze sobie radziłem. Innym różnie z tym wychodziło. Taki obiad był okazją do libacji, bo nigdy nie kończyło się na jednej półlitrówce. Pieniędzy nie brakowało. Dieta wynosi­ła 12,5 rubla, później podwyższono na 17,5 rubla, co w porównaniu z tamtej­szymi zarobkami było dużą kwotą. Każdy z nas czymś dodatkowo zahandlował, więc pieniądze były. Jeśli coś się z Polski przywiozło to właściwie wszystko można było z zarobkiem sprzedać, przeważnie odzież dla kobiet. Okazało się, że ten kraj przodującego socjalizmu na dobrą sprawę niczego dobrego nie miał. Począwszy od babskich majtek, kap na łóżko, obuwia i innej odzieży tam wszystko można było sprzedać. Po kilku pobytach, gdy poznałem te tajniki, to pieniędzy miałem pod dostatkiem. Oczywiście jeden przed drugim krył się z tym, ale wiadomo było, że w mniejszym stopniu, lub większym, wszyscy to robili.

We Lwowie największą plagą było pijaństwo. Dotyczyło to także naszej grupy. Nie byłem do tego dobrym kumplem, więc i z tego powodu nie byłem przez wszystkich lubiany, albowiem pijący nie lubią, gdy w ich towarzystwie siedzi trzeźwa osoba. Głupio się wtedy czują. Lubiłem sobie wypić do humoru, żeby pośpiewać, lub się zabawić, ale nigdy pić na umór do tego stopnia, żeby wpaść pod stół, a to się przy wielu okazjach zdarzało. Był to wstydliwy temat, powodujący u wielu alkoholizm.

Po samoloty przylatywały z różnych stron Związku Radzieckiego ekipy w ilości 3 osób, którym przekazywaliśmy samoloty. Oni te samoloty przeglądali, sprawdzali, a my usuwaliśmy ewentualne defekty, jeśli były wykryte, lub wyjaśnialiśmy kwestie sporne. Osobno przekazywaliśmy dokumentację samolotu, oraz narzędzia umieszczone w ładnej walizeczce dyplomatce. Przy tej okazji był wręczany wieloczynnościowy scyzoryk, bardzo ładny. Najważniejszą sprawą przy przyjmowaniu samolotów było dla ekip radzieckich zawłaszczenie sobie tego właśnie scyzoryka i dyplomatki, w której były narzędzia. Wyrzucali z niej narzędzia i prze­ważnie „komandir” dowódca statku dyplomatkę sobie zabierał. Często staczali między sobą spory o ten właśnie scyzoryk i dyplomatkę. Samolot mniej się liczył.

Ekipy przychodzące do nas po samoloty, przed przyjściem przecho­dziły szczegółowy instruktaż, co im wolno, a co nie wolno w kontaktach z nami, Polakami. Wolno im było rozmawiać z nami tylko na tematy zawodowe. Nie wolno im było spotykać się z nami ani kontaktować poza terenem lotniska. Pamiętam jednego, który nie przestrzegł tych zakazów. Był on ze swojej babci pochodzenia polskiego. Poznał w jakiś sposób Polkę pochodzącą z Katowic, miał zamiar się z nią ożenić i wyjechać do Polski. Z tego powodu bardzo go wszystko o Polsce interesowało. Miał dobry zawód gdyż był pilotem, natomiast w Polsce miał zamiar zostać górnikiem.

 Ekipy przylatujące z dalekiej Syberii, lub innych odległych krańców ZSRR, miały na tych odległych obszarach bardzo dobre warunki finansowe. Otrzymywali wynagrodzenie kilkakrotnie wyższe od przeciętnej krajowej. Cóż z tego jak na tym pustkowiu i w tamtej­szych warunkach nie mogli z tych pieniędzy korzystać. Oni przed wylotem ze Lwowa kupowali i ładowali do samolotów ziemniaki, mąkę i inne artykuły nie tylko żywnościowe, lecz i inne, gdyż tam na miejscu z trudem je zdobywali. Lwów był dla nich szerokim otwartym światem, z którego nie chcieli wylatywać. Celowo z różnych powodów opóźniali wylot, aby jak najdłużej pobyć we Lwowie.

Muszę powiedzieć, że po kilku takich 2-miesięcznych pobytach czułem się we Lwowie jak Amerykanin w Polsce i bez mała tak byłem traktowany. Za ruble kupowało się wyroby ze złota, ale także różne artykuły gospodarstwa domowego, narzędzia i inne. Opłacało się kupić telewizor, radio czy lodówkę, ale na pewno opłacało się kupić wszystko to, co było na własny użytek.

Szczególnie przydał mi się jeden z lwowskich wyjazdów w marcu 1975, kiedy dostałem spółdzielcze mieszkanie na ulicy Grunwaldzkiej. Muszę przyznać, że bardzo mi się ten wyjazd przydał, bo kupiłem sobie i przywio­złem ze Lwowa dużo rzeczy, za które tam niewiele zapłaciłem, natomiast w Polsce wydałbym sporo pieniędzy. Moje mieszkanie oprócz mebli było puste. Kupiłem we Lwowie lodówkę Saratow, a także od łyżeczki do herbaty wszystko inne. Korzysta­łem z faktu, że we Lwowie wszystko było tańsze w porównaniu do naszych cen, a ja nic w domu nie miałem. Ten wyjazd i kilka późniejszych pozwoliły mi ładnie urządzić nowe mieszkanie. Było malutkie, bo miało tylko 20 m2 jednakże było dla mnie oazą spokoju.

Towary produkowane w ZSRR były niskiej jako­ści, dużo niższej niż nasze, chociaż wiemy jak daleko nam do standardów światowych. Powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego ich wyroby są tak niskiej jakości. Jedną z przyczyn zrozumiałem, gdy pewnego razu kupiony makaron rozl­azł mi się w gotowaniu, a sąsiadka pracująca w fabryce makaronu zaoferowała mi za pół ceny wiadro jaj. Zrozumiałem, w czym jest rzecz, bo jaja były kra­dzione i nie dostawały się do makaronu w dostatecznej ilości. Było zjawiskiem normalnym, że wszyscy kradli. Sklepowy nie sprzedał towaru jak nie dos­tał „nacenki”, konduktor w tramwaju brał pieniądze nie dając biletu, a prze­ciętny obywatel wysiadając z autobusu przekazywał swój bilet kierowcy, lub innej wsiadającej w tym czasie osobie, itd. itd.

W porcie lotniczym była ubikacja, ale przeważnie zamknięta na klucz. Więc pasażerowie chodzili za własną potrzebą do latryny oddalonej od portu około 100 metrów, gdzie nad dużym dołem siadało się na drągu, a trzymało powyżej za drugi, aby nie wpaść do kloaki.

Mimo wszystkich stref klimatycznych, jakie ten bogaty kraj posiada nie było tam owoców cytrusowych, a nawet nie było jabłek. Nie mieli do tego ce­lu przeznaczonych odpowiednich przechowalni ani chłodni. Jeśli do sklepu przy­wieźli ziemniaki to leżały one na ulicy przed sklepem tak długo aż je sprze­dali, a ludzie kupowali po worku, bo później już ziemniaków nie było. Nastę­pnie przywozili buraki i wtedy kupowało się buraki. Po zejściu buraków byłe marchew itd. Nigdy nie można było w jednym sklepie kupić wszystkiego. Często te niesprzedane warzywa leżały przed sklepem cały tydzień i nic nowego sklep nie dostawał, bo poprzednie jeszcze nie zeszło.

Jakże cudownie działało tu centralne planowanie, o którym na zebraniach i szkoleniach partyjnych tak wiele się mówiło. Wiele rzeczy w tym systemie nawet się usprawniało. Na przykład nie potrzeba było papieru toaletowego, gdyż wystarczały gazety i kosz. Tego nie musiało się nawet sprzątać, bo jak ktoś taki kosz kopnął to się te „papierówki” z kosza wysypały, wiatr je rozwiał i było po kłopocie. Plony w rolnictwie były takie wysokie, że nie można sobie wyższych wymarzyć. Trzeba było ważniejsze międzynarodowe drogi i linie kolejowe odgradzać pasem zieleni, aby to ukryć. Marnotra­wstwo było ogromne. Podobnie było z budownictwem, gdzie nie działały windy, nie zamykały się drzwi i okna, a całe osiedla tonęły w błocie. To w tym ok­resie nasz sekretarz PZPR Edward Gierek polecił zakup licencji budownictwa wielkopłytowego od ZSRR. Żywotność w ten sposób budowanych budynków wynosi 50 lat. Pytam, co będzie z naszymi miastami i osiedlami po upływie tego okresu?

Nie wszystko jednak mi się nie podobało. Bardzo mi smakował ich razowy chleb. Podobała mi się też sprzedaż mleka. Zawsze rano przyjeżdżała pod blok kobieta z mlekiem i oznajmiała ten fakt dzwoniąc dzwonkiem wokół bloku. Wychodzi­łem wtedy i kupowałem za kilka kopiejek mleko i wspaniałą śmietanę. Natomiast w sklepie spożywczym w ciągu dnia mleka ani śmietany dostać nie było można. Mleko kupowane rano od kobiety pochodziło z kołchozu, było świeże i dobrej jakości.

Lubiłem chodzić na cmentarz Łyczakowski i widziałem jak groby naszych Orląt Lwowskich były dewastowane. Na cmentarzu utworzono wysypisko śmieci i systematycznie zasypywano groby Orląt Lwowskich. Był rok 1972, kiedy na cmentarzu Łyczakowskim Orląt Lwowskich, zniszczono przy pomocy czołgów pozostałe tam katakumby. a ja byłem wówczas we Lwowie i widziałem skutki tego wandalizmu. Ten akt wandalizmu wykonano na polecenie Leonida Breżniewa w odwecie za to, że grupa emerytowanych polskich genera­łów wystąpiła do niego oficjalnie z apelem o zaniechanie wysypywania śmieci na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Zniszczenia dokonano jak gdyby w odpowie­dzi na ich apel, gdyż Breżniew wpadł we wściekłość. Taka to była przyjaźń. Mieliśmy spełniać służalczą rolę, a nie upominać się o co­kolwiek. Rolą Polski i innych krajów RWPG miało być umacnianie potęgi ZSRR, a przemysły tych krajów miały temu służyć.

Jednego razu sły­szałem przy grobie Marii Konopnickiej jak przewodnik wycieczki określił ją mianem „pisatielki z okresu szowinizmu polskiego”. Podobnym epitetem okre­ślił Gabrielę Zapolską. Gdy jednego razu wracałem samolotem z Moskwy do Lwo­wa, przez głośniki w samolocie podawano o tym mieście pewne informacje. Między innymi informowano podróżnych, że w muzeum lwowskim są do obejrzenia pały, którymi „polskie pany” biły ukraińskich chłopów.

Tak, więc spoglądając od środka na przodujący w świecie kraj socjalizmu coraz szerzej otwierały mi się oczy. Już teraz inaczej widziałem ich brate­rstwo i przyjaźń, spostrzeganą jednostronnie. To my musieliśmy ich kochać i brać z nich wzór natomiast w odwrotnym kierunku było zupełnie inaczej. W ich społeczeństwie, a szczególnie we Lwowie i rejonach zachodniej Ukrainy podniecało się antypolskie tendencje właśnie takimi epitetami jak „polskie pany biły ukraińskich chłopów”. Byliśmy uważani jako zdobycz wojenną, a nie suwerenny kraj. Najlepiej określił to jeden z Rosjan, który w rozmowie ze mną powiedział.

--- Kakoj wy obcostrańcy, wy nasze. (Jacy wy jesteście cudzoziemcy, jest­eście nasi).

Uważali nas za swoją kolonię, którą maksymalnie starali się wykorzysty­wać i tak było. Radzieckim przedstawicielom w Mielcu musieliśmy wszystko dać po­cząwszy od mieszkania, a kończąc na łyżeczce od herbaty. Natomiast my będąc we Lwowie musieliśmy przywieść z Polski wszystko. Jeśli się nam coś na wypo­sażeniu mieszkań zepsuło, musieliśmy to przywieść z Mielca. Tak było z wie­loma meblami, które w trakcie wieloletniego pobytu grupy należało wymienić. Byliśmy u nich gośćmi, ale oni chodzili do nas po wszystko. Jeśli na lotni­sku coś im było potrzeba, to bez żenady przychodzili po to do nas. Przycho­dzili po gwóźdź, śrubę, nakrętkę, nawet po blachę czy deskę. Po wszystko do nas. Tak było kilka razy dziennie.

Pamiętam jak jednego razu miał z wizytą do Lwowa przyjechać Breżniew. Wymalowano i ustrojono cały Lwów. Milicję drogową przebrano w nowe biało granatowe mundury, ale tak te mundury do nich dopasowali, (nie dobrali do wzrostu), że stali na skrzyżowaniach jak strachy na wróble. Po wizycie na­stępnego dnia mundury z nich pościągano i znowu chodzili w starych.

Zawsze na 1 maja szykowane trybunę dla odbioru defilady. Przez wiele dni i nocy przed defiladą pilnowano dostępu do trybuny. Mysz nie mogła się tam przecisnąć tak była pilnowana. Tymczasem przed samą defiladą okazało się, że ktoś pod trybuną zerżnął kupę. Informacja ta przedostała się do Lwowian pocztą pantoflową i śmiał się z tego cały Lwów.

Pragnę coś nie coś napisać o „kufrze”, na którym przypuszczam, że każdy z mieleckiej grupy był, a także piloci i mechanicy latający do Lwowa. Gwoli prawdy nie wszyscy się do tego przyznają i udają, że tam nie byli. Kufer stał w mieszkaniu Zośki, mieszkającej przy ul. Lermontowa 4/2. Właściwie nie było to mieszkanie tylko jeden pokój, do którego wprost z ulicy wchodziło się przez maleńki przedpokoik. W przedpokoju stał tylko kufer i 2-palnikowa kuchenka gazowa. Zośka była samotną kobietą znającą świetnie język polski, jak większość rdzennych mieszkańców Lwowa. 

Zośka z Kufra

Do Zośki schodziły się dziewczęta (kobiety) pochodzenia polskiego, ale także Ukrainki, a nawet je­dna Rosjanka. Mówiło się tam tylko po polsku, a z rozmów przebijała ogromna tęsknota za Polską. Śpiewało się tam polskie piosenki, piło alkohol i jak mogło tak umilało życie tym biednym samotnym kobietom. Z rozmów wynikało, że gdyby któraś, choć na chwilę znalazła się w Polsce, nigdy by jej już nie opuściła. Nie pozwoliłaby się z niej nawet siłą wyrwać. Tam naprawdę bardzo ciężko się żyło, a szczególnie kobietom samotnym mającym na utrzymaniu rodziny. Bez przesady można powiedzieć, że poziom życia w Związku Radzieckim do naszego poziomu życia był tak odległy, jak w tamtym czasie nasz do krajów zacho­dnich. 

Zośka pracowała w sądzie jako maszynistka biorąca udział na rozprawach sądowych. Opowiadała często mrożące krew w żyłach bandyckie historie z terenu Lwowa. Była to prawda, bo późno wieczorem niebezpiecznie było pokazywać się na ulicy. Doświadczyłem tego sam, kiedy raz nie zdążyłem na ostatni autobus i wracałem pieszo. Doskoczyło do mnie kilku zbirów, a jeden przystawił mi rozbitą butelkę do twarzy. Uratowało mnie, że ktoś się zbliżał, a ja odezwałem się po polsku. Panowała opinia, że społeczeństwo Lwowa jest zdemoralizowane, że jedna połowa to rozwodnicy, którzy żyją w konkubinacie z tą drugą połową. Może jest w tym coś przesady, ale sądzę że niewiele. Wracając do sprawy „kufra” to musiał na nim posiedzieć każdy, kto po raz pierwszy tam był. Podobno na tym kufrze siedział nawet sam znany piosenkarz Połomski.

Poznałem tam Polkę Renię, która mieszkała z matką i dwoma synami w pobliżu Ul. Tiereszkowej. Obie z matką były Polkami, ale Renia wyszła za mąż za Ukraińca, który po wojnie nie chciał jechać do Polski. Rozwiódł się z nią, ale wtedy już było za późno, aby z dziećmi i matką mogła wyjechać do Polski.

Synów wysyłała do polskiej szkoły, ale cóż to była za polska szkoła jak nie uczono w niej ani polskiej historii ani literatury. Oficjalnie wykłady miały być w języku polskim, ale trzeba podkreślić, że nie wszyscy nauczycie­le znali język polski. Po takiej szkole absolwent nie miał prawa studiować na wyższej uczelni. W ten sposób zamykało się Polakom drogę na wyższe studia. Szkoła borykała się z wieloma trudnościami, nie było pomocy naukowych itd. Trudności te znane były w naszej grupie, gdyż niektórzy będący z rodzina­mi posyłali tam swoje dzieci. Zasygnalizowali oni ten fakt polskiemu konsu­lowi w Kijowie. Ciekawa była reakcja tego pana. Przyjechał do nas i zwrócił się o wyrozumiałość, iż on nie jest w stanie nic zrobić. Wyglądało to mniej więcej tak, że jeśli on wystąpiłby w takiej sprawie do władz sowieckich, to w tym momencie przestałby być konsulem. Taka rzeczywistość wynikała z jego wypowiedzi.

Wiele lat później już za „Solidarności” syn Reni poszedł do Armii Czerwonej. Nie mogłem się nadziwić, co z tego chłopaka zrobiono. Byłem u Reni, gdy on akurat przyjechał na urlop. Nie chciał ten chłopiec po polsku rozmawiać. Z niena­wiścią pokazywał butem jak Armia Czerwona rozdepcze Polskę i rozprawi się z „Solidarnością”. Po przemianach ustrojowych, kiedy byłem już tylko turystycznie we Lwowie Renia już nie żyła. Niestety, ale nie udało mi się dowiedzieć, co stało się z chłopcami.

Do Lwowa jeździłem na okresy 2-miesięczne po kilka razy rocznie. Nadszedł czas, kiedy także nowo wyprodukowane samoloty M-15 Belphegor zaczęto przebazowywać z Mielca do Lwowa. Wówczas nasi piloci oblatywacze prowadzili szkolenie pilotów radzieckich. W nomenklaturze lotniczej jest to tak zwane laszowanie pilotów, które sowieccy piloci musieli przejść przed samodzielnym lataniem na tego typu samolocie. Szkolenie to odbywało się we Lwowie i tam też odbyło się suto zakrapiane zakończenie szkolenia organizowane przez stronę polską. Trunki i większość produktów zostały dostarczone z Mielca. Zaproszone były najwyższe władze sowiec­kiej awiacji i nasze z Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Byłem wówczas we Lwowie i zmieściłem się na tym przyjęciu. Zainteresowało mnie wystąpienie jednego z dyrektorów MHZ, który zajmował się handlem, a mówiono że ma wpływ na ustala­nie ceny za samolot M-15. Otóż ten pan, gdy sobie nieco wypił, to okazało się, że jest więcej Ruskim niż Polakiem i to nie tylko dlatego, że lepiej władał językiem rosyjskim niż polskim. Stało się dla mnie jasne, że on nie może być bez­stronny w ustalaniu jego ceny. Tak wyglądał nasz handel ze wschodnim sąsia­dem. 

Autor na tle samolotu M-15 Belphegor. Zdjęcie wykonane w Muzeum Agrolotnictwa podczas IV Zjazdu Agrolotników w Szreniawie 2014 roku

Od momentu, gdy samoloty M-15 zaczęto przebazowywać do Lwowa znacznie zwiększył się nasz personel serwisowy we Lwowie. Przybyło z Mielca przed­stawicieli, kierowników i mechaników. Była na tym samolocie taka mnogość defektów, że mechanicy ciągle mieli mnóstwo pracy. Dochodziły też do tego ciągłe zmiany konstrukcyjne i biuletyny, które należało wprowadzać. Dla przyjeżdżających tam z WSK ludzi dostaliśmy następną pulę mieszkań, ale już nie na Tiereszkowej tylko w innej dzielnicy.

Kilku ze starszych znało wiele piosenek legionowych. Byli wśród nich Wojtek Witkowski i Stanisław Przywara, a ja znałem tych piosenek całe mnóstwo. Kiedy obiadowe libacje kończyły się śpiewem, huczało przez okna śpiewaniem, aż szef Porębski przychodził nas uspokajać. Ułożyłem wówczas piosenkę, którą tam śpiewaliśmy.

 

Polska grupa jest we Lwowie,

To chachary, co się zowie.

Refren: Te, chachary żyją.

 Wszystkich w mordę biją.

 Z góry spoglądają.

 Wszystkich w nosie mają.

 

Antek z lewa Antek z prawa.

Taka tutaj jest zabawa.

Refren: Te chachary żyją itd.

 

Każdy ma pieniądze swoje.

Więc niech idzie na suhoje.

Refren: Te chachary żyją itd.

 

Wojtek z Józkiem na stojance.

Pociągnęli se po szklance.

Refren: Te chachary żyją itd.

 

Antek w tej piosence to był nasz popularny samolot AN-2, a suhoje było rosyjską nazwą wytrawnego radzieckiego wina, którego w każdym barze można było się napić za kilka kopiejek. Wojtek obraził się na mnie za to, że umieściłem jego imię w piosence, ale przecież zrobiłem to żartobliwie, bo na jego miejsce mogłem wstawić zupełnie inne.

Gdy wróciłem jednego razu ze Lwowa czekały na mnie dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że mam jechać do Indii, natomiast druga, że dostałem przydział na własnościowe mieszka­nie. Był styczeń 1977 rok, a do Indii miałem lecieć na początku marca.

Pozałatwiałem wszystkie formalności związane z nowym mieszkaniem, wpłaciłem pieniądze i dostałem klucze. Mieszkanie było w stanie surowym i znajdowało się na ulicy Pułaskiego 2/14 na IV piętrze w pierwszym wieżowcu, który wybudowano w Mielcu w pobliżu budującego się wówczas wiaduktu. Mieszkanie było malutkie, gdyż powierzchnia jego wynosiła około 30 metrów, ale było tam dwa pokoje, no i maleńka kuchnia, przedpokój i łazienka z ubikacją. Musiałem zdążyć z przeprowadzką przed wyjazdem do Indii, żeby zdać spółdzielni stare mieszkanie z ulicy Grunwaldzkiej. Sprawa była jeszcze o tyle trudna, że często jeździłem na delegacje krajowe. Dużo jednak pomógł mi w przygotowaniu mieszkania mój młodszy kolega z Przecławia Dziunek Wątróbski. Pracował w Mieleckiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Zostawiałem mu klucze od mieszkania, gdy jechałem na delegacje, a on wysyłał tam ludzi, którzy układali parkiety i malowali. Wracając z delegacji sprawdzałem ile zrobili i płaciłem.

Po dokonaniu cyklinowania i lakierowania podłóg, a także pomalowaniu ścian mogłem się już wprowadzać. Spieszyłem się gdyż zbliżał się termin wy­lotu do Indii, więc szybko przewiozłem meble i zdałem Spółdzielni stare mie­szkanie. Wygrałem wyścig z czasem. Ustawiłem byle jak meble i już byłem gotowy do wyjazdu.

Nie mam zdjęć z pobytów we Lwowie. Nie robiłem ich, aby nie dawało to pretekstu do robienia donosów na mnie, co było niebezpieczne. Nigdy nie zabierałem aparatu fotograficznego nie tylko do pracy na lotnisko, ale nawet jadąc do Lwowa.

Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 28 września 2020 roku

 

piątek, 28 sierpnia 2020

102 rocznica lotnictwa w Mielcu

 

102-ga rocznica lotnictwa w Mielcu

Tak się składa, że w tym roku mija w Mielcu 102 rocznica lotnictwa, które wyniosło miasto na wyżyny, a mieszkańcom zapewniło godny byt i przyszłość. Ponieważ jest to rocznica przemilczana w Mielcu, przypominam o niej tak jak to  robię od kilku lat i będę robił do ostatniej chwili swojego życia. Nie da się tej rocznicy wymazać, bo ona tkwi głęboko w historii Mielca. Istnieją po niej pamiątki, świadkowie wydarzeń, publikacje lokalne i zasięgu krajowym, a także szeroko po Polsce rozsiana rodzina. Historia dotyczy dwu Braci Działowskich, którzy z dołów społecznych wyrośli na mechaników, pilotów, konstruktorów i budowniczych własnych konstrukcji lotniczych, zdobywając czołowe nagrody. To oni swoimi osiągnięciami tak rozsławili Mielec i jego społeczeństwo, że przed 82-laty powstał w Mielcu przemysł lotniczy wynoszący na wyżyny cały Mielecki Region.  

Mielec z ilością około 4 tysięcy mieszkańców w przeciągu 102 lat wzrósł do ponad 60 tysięcy i stał się miastem przodującym w innowacyjności wielu rozwiązań przemysłowych.  Włodarze miasta, historycy, prasa, a nawet takie organizacje jak TMZM, PROMLOT, Klub Miłośników Lotnictwa i Aeroklub Mielecki Braci Działowskich nie obchodzą owej rocznicy z okazji Święta Lotnictwa 28 sierpnia. Widzą jedynie rocznicę przemysłu lotniczego, która nie zaistniałaby, gdyby nie sukcesy Działowskich i społeczeństwa Mielczan. Nawet taka okazja jak 100-lecie Niepodległości Polski nie została 2 lata temu wykorzystana. Nie wspomniano w niej ani słowem o 100-leciu lotnictwa.

Pada pytanie, dlaczego taka piękna historia, jaką Mielec powinien szczycić się, nie jest przez wyżej wymienione podmioty uznawana? Wprawdzie Aeroklub Mielecki przyjął imię Braci Działowskich, nazwano jedną szkołę im. Stanisława Działowskiego, ale jakimi sukcesami lotniczymi zadziwili oni świat i zaszczepili społeczeństwu Mielca bakcyla lotniczego, o tym się nie mówi.

Postaram się dociec przyczyny panującego zjawiska milczenia. Wprawdzie wiele lat temu junior śp. Mieczysław Działowski starał się w książce pt. „Przerwać Milczenie” wskazać przyczyny, ale wydaje mi się że nie minął wówczas czas na utrwalony po PRL-owskim systemie pogląd, że jeden z Braci pilot Stanisław Działowski walczący w RAF na zachodzie jest naszym wrogiem. Przez 50 lat trwało milczenie o Braciach Działowskich, przerwane dopiero przez Solidarność 10 grudnia 1981 w Głosie Załogi. Ukazała się tam obszerna relacja Mieczysława seniora – jednego z dwu Braci. Po trzech dniach był Stan Wojenny i od tej pory znów „zapomniano” o Braciach Działowskich, a wielu Mielczanom trudno zrozumieć dlaczego taki stan panuje po dziś dzień.

Mielecka historia lotnictwa rozpoczęta ponad 100 lat temu przez młodego chłopca jakim był jeden z dwu Braci Staś Działowski była jednym ciągiem walki obu Braci z przeciwnościami losu w zdobywaniu szlifów w budowie udanych konstrukcji lotniczych i lataniu na własnych konstrukcjach. Odbywając służbę w wojskach lotniczych Krakowa i Bydgoszczy rozsławiali swoje rodzinne miasto rozbudzając w mieszkańcach lotniczą świadomość.

Ta historia jest tak piękna, że wydaje się haniebne przemilczanie owej historii z okazji rocznicowych lotniczych świąt, a wręcz przestępstwem z okazji 100-lecia Niepodległości Polski przed 2 laty. Dlaczego nie uświetniamy tego co wyniosło Mielec na wyżyny?

Istnieje pytanie, czy dzieje się tak z nieznajomości owej historii, z głupoty, czy dalszego trwania w ciągu PRL-owskiego myślenia? Innej możliwości nie widzę. Czy Mielec nie powinien szczycić się, upamiętniać i święcić swą ponad 100-letnią lotniczą tradycję? Uświetniamy obecnie w Mielcu rondo sylwetką Tadeusza Ryczaja, a jest on przecież tylko małą cząstką lotniczej tradycji Mielca. Wysoką rangę takich czy wyższych lotniczych zasług mają setki innych Mielczan. Można o nich mówić święcąc rocznicowe ponad 100-letnie tradycje, ale najważniejsza jest pierwsza uruchomiająca następne.

Wstydem jest, że lotnicze tradycje Mielca począwszy od Działowskich można przeczytać w krajowych publikacjach, lub dowiedzieć się z innych źródeł niż z Mielca. Odnoszę się do sierpniowego 2020 magazyny Elity, który na swych łamach publikuje na 6-ciu stronach temat o Braciach Działowskich. Zapytać należy dlaczego nie spełnia swej roli mielecka prasa, wydawnictwa i rzetelni historycy, pozostawiając pole działania poglądom polityków, felietonistów i innym? Pytań zadawać można wiele, a odpowiedź niech każdy udzieli sobie sam.


Pragnę na zakończenie nadmienić, że magazyn Elity można nabywać w EMPIK-ach, a jeśli nie mają, to zamawiając dostarczają w trybie  niemal natychmiastowym. Jest to na pięknym papierze bogato ilustrowany ponad 160 stron magazyn z wieloma interesującymi tematami w cenie 15 zł. Natomiast w sierpniowym wydaniu Skrzydlatej Polski ukazał się temat mojego autorstwa o samolotach Lim 5P eksportowanych do Indonezji, a w wydaniu wrześniowym będzie temat urządzeń radarowych w myśliwcach przechwytujących Lim 5 i Lim5P.         

Jednocześnie w dniu lotniczego święta przypadającego na dzisiejszy dzień 28 sierpnia, życzę wszystkim rzeszom Braci Lotniczej zdrowia oraz wszelkiej pomyślności, a latającym tylu lądowań co startów.

Teofil Lenartowicz

Wrocław, dnia 28 sierpnia 2020 roku