poniedziałek, 23 września 2013

Zjazd pilotów doświadczalnych w Świdniku



Świdnik 12-14 września 2013 zjazd członków Klubu Pilotów Doświadczalnych
       
        Tak się złożyło, że dzięki swemu wspaniałemu koledze pilotowi doświadczalnemu znalazłem się jako osoba towarzysząca na zjeździe elity pilotów nazywanych potocznie oblatywaczami na ich corocznym zjeździe w Świdniku. Wprost nie da się opisać wrażeń jakich doznałem podczas zjazdu. Jako mechanik lotniczy miałem wątpliwości czy powinienem brać w spotkaniu udział, obawiając się niezaakceptowania przez tak elitarne środowisko. Wprawdzie byliśmy wraz z żoną tylko osobami towarzyszącymi, ale tak serdecznie przyjętymi, że już po kilku godzinach pobytu rozwiane zostały moje wątpliwości i zacząłem swobodnie poruszać się wśród znakomitości lotniczych gwiazd. Osobiste spotkanie i rozmowy z lotniczymi wygami znanymi z telewizji, prasy, książek napisanych przez nich, wyczynów i wypadków lotniczych, a także ich sposobu bycia, wręcz humoru zdziwiło mnie. Poczułem się wśród swoich, bo zrozumiałem, że praca tysięcy podobnych mi mechaników i naziemnego personelu wraz z rzeszą pilotów nie tylko doświadczalnych stanowimy jedność nie dającą się podważyć. Udział w zjeździe upewnił mnie, że trud mechanika lotniczego jest przez elitę lotniczą właściwie oceniany, co muszę przyznać jest ogromną satysfakcją.

            Warto zdać sobie sprawę, że praca mechanika i pilota stanowi jeden wspólny cel, którym jest bezpieczeństwo lotu. Warto do tego dodać przeżycia i przygody łączące jednych z drugimi. Kuluarowe  rozmowy uświadomiły mi, jaki ten lotniczy świat jest maleńki. Piloci z jednego końca Polski znają mechaników moich kolegów z drugiego końca Polski wykonując pracę w  różnych zakamarkach świata. Większość tych lotniczych gwiazd, to dzisiaj lotniczy weterani, ale jak pięknie potrafią wspominać trudne lotnicze chwile, wspomnienia z dawnych lat.



           
Zjazd rozpoczęto rozmowami podczas kolacji 12 września w  hotelu „Kaprys” w Świdniku, a następnie odbyło się spotkanie organizacyjne, gdzie Zarząd KPD przywitał swoich członków i pozostałych uczestników przedstawiając program zjazdu. Następnie weteran lotniczy pilot doświadczalny mgr inż. Ryszard Witkowski w prostych słowach omówił historię powstania wiropłatów. Warto przy tym dodać, że ten wspaniale omawiający zagadnienia wiropłatów człowiek, całe swoje życie poświęcił tej dziedzinie lotnictwa. Po tej części spotkania odwiedziny i rozmowy ze znajomymi pilotami doświadczalnymi z którymi przez dziesiątki lat dzieliliśmy trudy lotniczego znoju w byłej WSK w Mielcu. Rozmowy w pokoju hotelowym z Tadeuszem Pakułą, Jerzym Pietrzakiem i Franciszkiem Zalewskim, to wspomnienia chwil wspólnie spędzonych na mieleckim lotnisku. Również ciekawe spotkanie z wojskowym pilotem doświadczalnym oblatującym Irydy Bogdanem Mrozkiem. Usłyszałem wiele ciekawych spostrzeżeń choćby jego opinię na temat zaniechania programu Iryda. Są one całkowicie zgodne z moimi spostrzeżeniami.






























            Po przespanej nocy i śniadaniu przy szwedzkim stole zwiedziliśmy PZL Świdnik będące własnością włoskiego koncernu Agusta Westland. Trzeba powiedzieć, że kierownictwo PZL Świdnik wspaniale wywiązało się z gościnności na swym terenie. Dużo obiecywano sobie pozytywnych opinii elity lotniczej po produkowanym w PZL Świdnik śmigłowcu AW 149. Konkuruje on bowiem na przetargu dla polskiego lotnictwa wojskowego i nie tylko. Pokazano nam hale produkcyjne, a także na lotnisku śmigłowiec AW 149 z jego pokazem w locie. Przedstawiano jego zalety. Konkuruje on z Black Hawkiem mieleckim śmigłowcem dla Polskiej Armii. Który z nich wygra czas pokaże. Zwiedziliśmy w Świdniku niewielką galerię muzeum, gdzie zobaczyłem słynne ze Świdnika motocykle WSK, a na planszach wiele lotniczych historycznych gwiazd w tym Tadeusza Górę. Aby nie tracić czasu przywieziono nam obiad, a następnie pojechaliśmy zwiedzić lotniczy terminal w Lublinie. Pragnę w tym miejscu podziękować panu pilotowi Bogdanowi Mrozek za obwożenie nas swoim samochodem, dzięki czemu nie musiałem kręcić własną kierownicą samochodu, co jest w moim wieku coraz trudniejsze. Terminal lotniczy w Lublinie nie jest może tak duży jak we Wrocławiu, ale nowoczesność z funkcjonalnością jest wystarczająca, aby mieszkańcy Lublina czuli się dumnie ze swego nowego nabytku.

            Do hotelu wróciliśmy po 17-tej, a przed 19-tą rozpoczęła się uroczysta kolacja. Wziął w niej udział ojciec Dominik Orczykowski, z którym serdecznie wyściskaliśmy się wspominając lotnicze wrocławskie spotkania w klubie „Loteczka”. Zasiedliśmy przy długim wspólnym stole i znów wspomnieniom nie było końca. Uroczystość rozpoczęto marszem lotników i minutą ciszy za tych co odeszli na wieczną wartę. Były wystąpienia Zarządu KPD, przyjęcia nowych członków i odznaczenia sympatyków. Nowymi członkami KPD stali się piloci Bogdan Mrozek i Bubień, którzy podziękowali za przyjęcie. Wzruszającym momentem była chwila odznaczania Grzegorza Zięboraka syna dr inż. Jerzego Zięboraka, który będąc niepełnosprawnym człowiekiem towarzyszy swojemu ojcu w lotniczych spotkaniach. Ich wspólna ojcowsko synowska zażyłość rozczuliła mnie. Usuwana z lica pana Jerzego łza w oku świadczyła o przeżywanej ogromnej emocjonalnej satysfakcji z faktu odznaczenia syna. Warto dodać, że dr inż. Jerzy Zięborak pilot doświadczalny i ekspert od wypadków lotniczych jest autorem wielu publikacji lotniczych i ostatnio wydanej książki pt. „Studium katastrofy Liberatora AL 523 Gibraltar 1943” w którym zginął gen. Władysław Sikorski. Posiadacze jego książek otrzymywali od autora dedykacje. Odznaczenia otrzymali także mgr inż. Ryszard Witkowski, Tadeusz Chwałczyk autor książki pt. „Ochota na latanie”, żona mgr inż. Stanisława Wielgusa wspaniałego pilota doświadczalnego jedynego który spędził w jednym locie na szybowcu 36 godzin  i kilku innych. Do najciekawszych zaliczam osobisty kontakt z mgr inż. Jerzym Jędrzejewskim pilotem doświadczalnym i autorem wielu lotniczych tekstów. Zadziwiała mnie jego doskonała pamięć, kiedy wspominał moich mieleckich kolegów pracujących pod jego kierownictwem w bazie agrolotniczej w Sudanie.     

            Uroczystość zakrapiana lampką wina odbywała się podczas wielu indywidualnych rozmów i trwała do późnych godzin. Była okazja do porozmawiania z wielu znakomitościami lotniczymi w tym z Maciejem Laskiem, przewodniczącym komisji badania katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Do ciekawostek zaliczam jego wypowiedź o nie podaniu ręki jego matce, w kościele podczas mszy świętej, w czasie przekazywania sobie znaku pokoju. Dzień zakończył się licznymi przyjacielskimi rozmowami w hotelowych pokojach.         

            Ostatni dzień zjazdu to po śniadaniu tradycyjna msza święta za członków KPD i lotników polskich, w kościele p. w. św. Józefa w Świdniku, odprawiona przez proboszcza parafii i ojca Dominika Orczykowskiego. Ojciec Dominik wspomniał tych lotników, którzy na stałe odeszli od nas na wieczną wartę, a po zakończeniu mszy świętej wykonane zostały pamiątkowe zdjęcia. Następnie uczestnicy zjazdu odbyli wycieczkę do Lublina, zwiedzając stare miasto i Zamek Lubelski. Powrót do Świdnika odbył się wraz z rzutem oka na były obóz koncentracyjny Majdanek. Podczas pożegnalnego obiadu uczestnicy mieli możność wymienienia ostatnich uwag, natomiast zarząd klubu wystosował apel do swych członków o nadsyłanie swoich lotniczych wspomnień, które następnie zostaną opublikowane, a ja otrzymałem zapewnienie, że również moje lotnicze wspomnienia jako mechanika lotniczego mogą znaleźć się wśród wspomnień lotniczych gwiazd.

            Zjazd KPD, który nazwać mogę spotkaniem lotniczych gwiazd na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom za miłe spędzenie chwil w lotniczej atmosferze, a szczególnie swemu przyjacielowi pilotowi doświadczalnemu inż. Tadeuszowi Pakule, dzięki któremu mogłem wraz z żoną uczestniczyć w spotkaniu tylu lotniczych znakomitości. Więcej zdjęć ze zjazdu możemy obejrzeć  na   facebooku klikając na link poniżej.


    

Teofil Lenartowicz

Wrocław, 23 września 2013

sobota, 21 września 2013

Spotkanie Grupy Literackiej "Słowo"



Spotkanie Grupy Literackiej „Słowo”
            Tak się złożyło, że 7 września będąc w Mielcu wziąłem udział w 7-mioleciu urodzinowym Grupy Literackiej „Słowo”. Nie chciałbym się rozwodzić na temat pozycji w Mielcu Grupy Literackiej „Słowo” gdyż jest ona znana. Mnie uderzyła wysoka frekwencja stanowiąca o zainteresowaniu społecznym, a także atmosfera podczas recytowania wierszy przez Dorotę Kwokę i Stanisława Ożoga. Była to swoista uczta duchowa, którą długo się pamięta. Recytowane piękne wiersze nieżyjącego już poety Jarosława Zielińskiego były dopełnieniem duchowej uczty jaką przeżyłem. Tego nie da się opisać.




            Korzystając z obecności Marii Błażkow kierowniczki biblioteki i członka zarządu TMZM, oraz sekretarza TMZM pana Bronisława Kowalczuka złożyłem na ich ręce podziękowanie za przyjęcie mnie na członka TMZM, a także za list gratulacyjny przysłany mi przez sekretarza Kowalczuka za zamieszczenie cyklu artykułów o tematyce lotniczej pt. „Przemysł Lotniczy w Mielcu” publikowany w Tygodniku Regionalnym Korso. Podziękowania adresowałem do inż. Jerzego Kazany prezesa TMZM i inż. Józefa Roguza prezesa Klubu Miłośników Lotnictwa, którzy tenże list gratulacyjny do mnie wystosowali. To miłe spotkanie zakończyłem przyjemną rozmową z prof. Eugeniuszem Zielińskim z UW i ojcem poety, a także z panią Barbarą Kowalczuk, której ciekawe teksty często czytam w Tygodniku Korso.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, 21 września 2013

Korespondencja dotycząca tematu z 25 sierpnia o Bliźnie i płk Aleksandrze Rusinie ps. "Olek"




Korespondencja dotycząca poprzedniego tematu o książce pt. „Tajemnice Blizny”
E-mail otrzymany od pana Jacka Flisa:
Witam Panie Teofilu.
            Na początku życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
            Pozwolę sobie na kilka słów komentarza, ponieważ wywołał mnie Pan niejako do odpowiedzi, wymieniając mnie i brata w swoim tekście z nazwiska (odwołał się Pan do przykładu Flisów). Mam jednak kłopot z odniesieniem się do tekstu, gdyż niedokładnie rozumiem, o co Panu chodzi podając nas za przykład. W związku z tym pozwolę sobie na wyjaśnienie kilku kwestii, które jak rozumiem, Pana nurtują.
1. Rozdziały, których współautorami byłem ja i Marek, były poświęcone działalności poligonu w Bliźnie i jego dziejach po wojnie. Z tej przyczyny nie znalazły się tam zagadnienia związane z działalnością wywiadowczą, w tym także Rusala. Tej tematyce poświęcone są inne rozdziały.
2. Zapewniam Pana, że powstanie tej książki poprzedzone było wieloletnimi badaniami historycznymi, a teksty powstały w oparciu o wiarygodne źródła. Na przykład prace badawcze na temat działalności poligonu Blizna prowadziliśmy z bratem ponad dziesięć lat.
3. Zarzuca Pan autorom niechęć do opierania się na wspomnieniach. Niestety same wspomnienia są, mówiąc delikatnie, mało dokładnym materiałem do ustalania faktów historycznych. Niech Pan spokojnie przeanalizuje na przykład treść wspomnień Czesława Barana, dotyczących Blizny, które zamieścił Pan w "Śmierć zagląda w oczy". Z całym szacunkiem, ale ten Pan nie mógł widzieć V-1 i V-2 przelatujących codziennie nad Przecławiem z kilku przyczyn:
-odpalenia nie były prowadzone codziennie
-V-1 i V-2 nie odpalano równocześnie
-V-1 startowały tylko przez kilkanaście dni w 1944 roku
-no i co najważniejsze, pociski leciały generalnie w kierunku północno-wschodnim, czyli w stronę Kolbuszowej, to jest dokładnie w kierunku przeciwnym niż Przecław. Nie ma więc możliwości aby przelatywały nad Przecławiem.
Idąc dalej informacja, że partyzanci wykradli z Blizny zgubioną rakietę i po zdemontowaniu przewieźli do Londynu to całkowita bzdura. Proszę teraz samemu ocenić wartość historyczną takich informacji.
Do czego prowadzi wyciąganie wniosków tylko w oparciu o wspomnienia, przekonała się dotkliwie właśnie autorka książki "Zaporczycy" Ewa Kurek. Po wyroku sądu musiała z książki usunąć sporne fragmenty.
4. Śpieszę z wyjaśnieniami, że tekst o Bliźnie na stronie internetowej Parku Historycznego, o którym Pan wspomina, nie ma nic wspólnego z książką "Tajemnice Blizny". Osoba autora Pana Gąsiewskiego oraz podobieństwo treści może wskazywać są to fragmenty z jego książki "Blizna Fakty i sensacje".
5. No i tutaj muszę Pana rozczarować. Pan Gąsiewski jest właśnie Mielczaninem, historykiem, jednym z najbardziej twórczych mieleckich redaktorów. To właśnie jego książkę "Blizna fakty i sensacje" promowano w tym roku w Bliźnie na zlocie militarnym, to on jest autorem teksu na stronie internetowej Parku. To właśnie jemu Gmina Ostrów powierzyła zadanie napisania książki o Bliźnie.
Jak Pan więc widzi to właśnie Mielec nadaje ton i kierunek w popularyzacji historii Blizny. Tak więc Pana argument, że "obcy" tworzą historię Blizny jest całkowicie bezpodstawny.
Pozdrawiam Jacek Flis
Moja odpowiedź do tekstu Pana Jacka Flisa.
            Nie mam żalu, że uraził Pana mój przykład, gdyż nie był zbyt precyzyjny. Dotyczył on pozytywnego przykładu jak należy dbać o własną historię, aby uwypuklić wydarzenia historyczne z własnego terenu i tak Panowie zrobiliście. Podobnie zrobił nadleśniczy śp. Zygmunt Jurasz prezentując w swoich materiałach działalność leśników. Zapomniał jednak, że uwypuklając działalność leśników przyćmił działalność ludzi o podobnych  zasługach, lub większych. Nie chciałbym tutaj licytować zasług ludzi walczących z obydwoma ciemiężycielami Polski. Jednak człowieka takiego jak ja razi pewna dysproporcja.
Pragnę odnieść się do punktów Pańskiego maila.
Ad. 1. Dobrze, że sam Pan przyznał, że w materiałach z których korzystaliście mało było wiadomości o Rusalu. Ja jednak mam prawo sądzić, że gdyby on pochodził z gminy Ostrów Panowie potrudzilibyście się więcej. Mógłbym też sądzić, o kierowaniu się niechęcią do tego człowieka, jednak wykluczam ten wątek.
Ad. 2. Jeśli idzie o wiarygodne źródła dotyczące Blizny i ruchu wywiadowczego, to jestem nimi zainteresowany chętnie będę je poznawał.
Ad. 3. Wspomnienia Czesława Barana nie są dobrym przykładem. Włączyłem je do swoich wspomnień jako ciekawostkę. Ma Pan rację, że wykradzenie rakiety z Blizny to całkowita bzdura, ale ja nie sądzę, żeby historyk potraktował to poważnie. Odnośnie widoczności rakiety, to miałby Pan rację, gdyby rakieta była wielkości wrony i leciała na jej wysokości. Brakuje Panu wyobraźni jak to wyglądało. Ja to zjawisko widziałem własnymi oczami każdorazowo i właśnie z Przecławia. Byłem już wtedy 16-letnim chłopcem. Rakiety leciały w kierunku północnym i nie musiały lecieć nad Przecławiem, aby być widoczne. Było to dla mnie urzekające widowisko. Gdyby Pan pofatygował się do leżącej po lewej stronie Wisłoki na początku wsi Podole i przeszedł by Pan na podwórko Kurgana, w miejsce gdzie stała wieża triangulacyjna zwana przez ludzi Patrią, zobaczyłby Pan piękny widok na las w Bliźnie. Obecnie ten widok zasłaniają drzewa i budynki. Jest to nad doliną Wisłoki wysokie wzgórze, o którym mieszkańcy mówią, że jest na wysokości wieży kościoła w Książnicach. Przed wojną wybudowano tam wieżę służącą prawdopodobnie do pomiarów gruntów.
Powyżej na zdjęciu dwaj bracia Kurgan, stojący w miejscu gdzie na ich podwórzu we wsi Podole stała wieża triangulacyjna zwana Patrią.  
 Trudno mi ocenić wysokość wieży która tam stała, gdyż nigdy na niej nie byłem, jednak musiał się z niej rozciągać wspaniały widok w tym na Bliznę. Niemcy korzystali z tej wieży obserwując moment startu rakiety. Przyjeżdżali tam przed jej odpaleniem i wchodzili na wieżę. Jazda określonego niemieckiego samochodu przez teren działania oddziału partyzanckiego „Rusala” był sygnałem dla nich, że będzie odpalana rakieta, co było mobilizacją sił w celu dotarcia do ewentualnego niewypału rakiety przed przybyciem Niemców. Wolno mi podejrzewać, że gdyby to oddział partyzancki z Kolbuszowej, Dębicy, Sędziszowa czy Ostrowa był z tym faktem związany zapewne w materiałach Blizny byłby wystarczająco szeroko uwypuklony. Przytoczony przez Pana przykład Ewy Kurek nie jest dobrym przykładem, gdyż nie zmienia to faktu, że partyzanci Zapory wrzucali wszy na puszysty piękny kożuch Siła-Nowickiego. W większości o to była  jego rodzina obrażona. Nie znamy i nie będziemy znali jego roli w ujęciu Zapory przez Bezpiekę. Prawdą jest, że V-1 i V-2 nie były odpalane jednocześnie i nie były odpalane codziennie, ale nieprawdą jest, że tylko kilkanaście dni w 1944 roku. Tych rakiet tak V-1 jak i V-2 było wiele. Spadały w wielu miejscach w Polsce w większości w rejonach północnych i w pobliżu Blizny. Ja nie zapisywałem dat, ani nie prowadziłem kroniki, ale nie można tego sprowadzać do kilku dni w 1944 roku.
Ad. 4. Ma pan rację. Tekst na stronie internetowej Parku Historycznego nie ma nic wspólnego z książką „Tajemnice Blizny” tylko z książką „Blizna Fakty i sensacje”. Tylko, że w książce „Blizna fakty i Sensacje” niedawno ukazanej, najwięcej zmienił się tytuł. Pozostały tekst został w większości wzięty z książki „Tajemnice Blizny”. To podobieństwo jest tak widoczne, że wystarczy spojrzeć na datę wydania, żeby zorientować się w czym jest rzecz. Sądzę, że Pan o tym wie.
Ad. 5. Znowu przyznaję Panu rację, nawet bez rozczarowania, bo o tym doskonale wiem. Wszystko się w tym punkcie zgadza, tylko nie zgadza się, bo pan Gąsiewski Włodzimierz nie jest Mielcem. A ja mam pretensje właśnie do Mielca, a szczególnie do historyków. Kiedy rozmawiałem z jednym z historyków, powiedział mi, że Olek Rusin stary człowiek, któremu wszystko się myli i nie należy temu dawać wiary. Dowiedziałem się też, że mam obsesję. Że jestem adwokatem pewnych osób, bo nie chodziło tylko o Bliznę i Rusina. Jeszcze inni wysyłali mi pogróżki. Istnieją tacy którzy nazywają jeszcze dzisiaj Rusala bandytą. Kiedy mianowano go do stopnia pułkownika, byli tacy którzy demonstracyjnie protestowali przeciwko niemu w urzędzie gminy itd. itd. Ma Pan racje, że pewne historie opowiadane, lub pisane podobnie jak przykład Czesława Barana mogą stanowić ogromny margines błędów, ale historyk powinien potrafić wyłuskać prawdę, do niej dojść i ją przekazać. Ja znam ludzi z tamtych terenów, a znając ich potomków żyjących obecnie, wiem jakie stanowisko zajmują wobec pewnych postaci podobnych do Rusina. Negatywne stanowisko zajmują wszyscy ci, którzy dostawali od niego lanie na goły tyłek za współpracę z okupantem. Rusin człowiek z ludu nie splamił sobie rąk braterską krwią. W obwodzie mieleckim ps. Mleko wydano wyroki i zlikwidowano całą elitę dowódców AK właśnie za rabunki i rozboje.  Mam pretensje do mieleckich historyków, że nie wzięli wiele z tego co opowiadał. On nie zapisywał dat i nie prowadził kroniki, on walczył przez 17 lat z obydwoma systemami totalitarnymi i nie ugiął się nigdy. Swoim sprytem i swej żony przechytrzył wszystkich i nie pozwolił się zabić. Stąd bierze się jego wielkość przewyższająca wielkością innych bohaterów, o których czytamy w relacjach wielu historyków. Powinniśmy się wstydzić, że nie potrafimy upamiętnić takich ludzi, bo dotyczy to wielu innych. Nie rozumiem dlaczego nie korzystamy z bohaterów rozsławiających ziemię na której żyli. Proszę zapytać rodzinę Rusina co myślą na ten temat. Proszę wejść na stronę Internetową Opozycja Mielecka, aby dowiedzieć się wiele ciekawych szczegółów o Rusinie. Istnieje tam publikowanych wiele dokumentów, których treść warto przytoczyć. Niedostateczne publikowanie wielkości bohaterstwa płk Olka Rusina w Parku Historycznym Blizna jest zamazywaniem jego wartości patriotycznej. Tej wartości jakiej obecnie tak nam bardzo brakuje i którą powinniśmy przekazywać młodszemu pokoleniu. Moim zdaniem  wszystko to co napisano na stronie Parku Historycznego Blizna należy uzupełnić o pełną działalność „Rusala” w odpowiedniej proporcji do innych wydarzeń i wymienionych bohaterów. Niech będzie chwała Panu i Pańskiemu bratu jeśli się potrudzicie i dokonacie tego dzieła nie oglądając się na innych. 
            Przepraszam Pana, że niedostatecznym określeniem w poście mojego blogu błędnie odczytał Pan zarzut skierowany w nazwisku Flis.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 17.9.2013
            E-mail otrzymany od pana Jacka Magdoń z Ropczyc cytuję:
            Dziękuje za uwagi zawarte w  Pańskim blogu, na temat książki "Tajemnice Blizny". Jako jeden z współautorów ostatniego rozdziału pragnę odpowiedzieć na zarzut nieuwzględnienia w należytym stopniu postaci Płk. Aleksandra Rusina. Jeśli chodzi o rozdział ostatni "Blizna" po latach" nie mogliśmy szeroko opisać losów osób związanych z rozpracowanie poligonu, gdyż wydawca książki życzył sobie przede wszystkim, aby opisać proces likwidacji materialnych pozostałości poligonu po wojnie. Dlatego odesłałem w przypisie czytelników do moich artykułów o postaci "Rusala" w czasopismach "Strzelec" i "Głos Powiatu". W artykułach tych skorzystałem z udostępnionych mi zbiorów rodzinnych. Byłem też współorganizatorem spotkań młodzieży strzeleckiej z Pułkownikiem. Zgadzam się, że ta wielka postać nie została jeszcze należycie upamiętniona. Znam też liczne wątki złego traktowania A. Rusina  przez pracodawców w latach 60-tych i 70-tychnie, a nie tylko w okresie stalinowskim. To też trzeba będzie kiedyś napisać. Wkład AK Mielec w rozpracowanie V jest niezaprzeczalny i zbyt mało znany. Niestety, przez całe lata nie pisano o Bliźnie książek i to nie przypadek, że wydawcami są muzeum w Gdańsku i fundacja w Londynie. W publikacji tej mieliśmy ograniczone miejsce, stąd podwójni autorzy niektórych rozdziałów. Książka ta niejako przełamała tę niemoc wydawniczą, ale zaledwie sygnalizuje liczne ważne wątki, lecz nie jest monografią. Z związku z powyższym będę Panu bardzo wdzięczny za wszelkie materiały dotyczące Płk. A. Rusina, szczególnie te niepublikowane, a także inne wiążące się z Pustkowem czy Blizną.  Odczuwam liczne braki w źródłach dotyczące wykorzystania obiektów poligonowych przez sowietów. Proszę Pana o udostępnienie osobistych wspomnień, o których wspominane jest w blogu. Mam nadzieję, że w przyszłości wrócę do tematu w innej publikacji i zobowiązuję się wykorzystać udostępnione materiały i Pana sugestie. Z wyrazami szacunku Jacek Magdoń Ropczyce. Koniec cytatu.
Moja odpowiedź do tekstu  pana Jacka Magdoń.
            Sprawa nie jest tak prosta jakby się pozornie wydawało, gdyż nie wystarczy tylko całą działalność "Olka" odpowiednio napisać. Należało by jeszcze zmienić mentalność władz terenowych, historyków, wydawców prasowych, odpowiednich organizacji w tym niepodległościowych kombatanckich itd. Przez ten mur jeszcze dzisiaj trudno się przebić. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że wójt nie weźmie udziału w uroczystości odznaczania "Olka", lub sprzeciwi się, upamiętnianiu "Olka" na obelisku bojąc się protestów skierowanych do niego, a przewodniczący koła kombatantów był donosicielem na "Olka", przewodnicząca jakiegoś koła jest wnuczką dziadka dostającego lanie na goły tyłek od "Olka", a inni ludzie mało znający historię słyszą, że "Olek" był bandytą, to mamy odpowiedź. Naszym dzisiejszym zadaniem powinna być szeroko zakrojona działalność uświadamiająca młodsze pokolenia jak to właściwie było. Można to zrobić jedynie poprzez upamiętnianie, działalność publicystyczną i ciągłą stałą walką o prawdę historyczną, przeciwstawiając się protestom i zwalczając wątki szkodzące dobremu imieniu "Olka". Wielkość "Olka" polega nie tylko na ilości zdobytych medali. Jego wielkością jest fakt, że walczył z okupantami 17 lat, nie pozwolił się unicestwić, a co najważniejsze nigdy nie zdradził swoich idei i towarzyszy broni. Znałem "Olka" i wiem, że on był uczciwie wierny własnym ideałom. Chowanie głowy w piasek przez ludzi na pewnych stanowiskach i mających coś do powiedzenia przynosi zmowę milczenia dając upust fałszywym oskarżeniom. W sprawie "Olka" interweniowałem do najwyższych władz i prasy. Kończyło się, na pochwałach pod moim adresem, a prasa niechcąca się narażać nie publikowała prawdy o "Olku" bojąc się protestu. To co piszę dotyczy nie tylko "Olka", ale większości żołnierzy wyklętych obrzydzanych dziesiątki lat przez komunistyczną władzę. Poniżej posyłam Panu link na stronę, gdzie pan Marek Podolski publikuje wszystkie materiały o "Olku". Więcej nic nie potrzeba, gdyż tam jest większość materiałów także z IPN. Pozdrawiam Teofil lenartowicz.
            Myślę na razie zakończyć temat Blizny i płk Aleksandra Rusina ps. „Olek” i „Rusal”. Jednakże w najbliższym czasie opiszę wszystko co wiem o tej sprawie, opublikuję i wyślę do prasy nie tylko lokalnej, gdyż temat dotyczy szerszych kręgów.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 21 września 2013

wtorek, 3 września 2013

Lotnicza duma Mielcxa



Lotnicza duma Mielca

        Nie mogę sobie podarować, że ominęła mnie okazja wzięcia udziału w III Spotkaniu Lotniczych Pokoleń. Obiecywałem sobie, że będę nie tylko na Spotkaniu Lotniczych Pokoleń, ale również na pokazach lotniczych i innych uroczystościach. Niestety choroba pokrzyżowała plany. Obejrzałem jednak w Internecie dostępne tam zdjęcia, filmy i teksty. Należy powiedzieć, że uroczystość została przez organizatorów zrobiona z rozmachem, a ponieważ dopisała pogoda, na pokazach lotniczych i dniu otwartym do zwiedzania PZL Mielec Sikorsky, zgromadziły się tłumy Mielczan.  
            Miałem również czas do dokładnego przeczytania książki pt. „Lotnicza duma Mielca” wydanej z okazji 75-lecia Przemysłu Lotniczego w Mielcu. Ponieważ w związku z tym nasuwa mi się kilka uwag i spostrzeżeń postanowiłem je zapisać i podzielić się uwagami. Odnoszę wrażenie, że książka wydana na pięknym papierze i ślicznymi zdjęciami z tekstem została potraktowana przez wydawcę, jako reklama swego sztandarowego produktu śmigłowca Black Hawk. Nie to jest jednak kwestią mojego zdziwienia, gdyż takie są prawa rynku. Do reklamowania produktu używa się dzisiaj różnych chwytów, nawet wykorzystując rocznicę 75-lecia Przemysłu Lotniczego i tego nie kwestionuję. Natomiast zdziwienie budzi napis na okładce książki nad zdjęciem śmigłowca Black Hawk. Brzmi ono „Lotnicza duma Mielca”. Ponieważ napis jest nad śmigłowcem, to odnosi się do niego, co wymaga pewnych wyjaśnień. Uważam, że określenie „lotnicza duma Mielca” odnosić się powinna do wszystkich pokoleń Mielczan z wszystkich produkowanych w Mielcu wyrobów, a nie tylko jednego Black Hawka. Przykładowo ja i moje pokolenie nie jest dumne z Black Hawka, lecz z Limów, Łosi, AN-ów, Iskier, Dromaderów i innych mieleckich produktów. Nie chciałbym umniejszać zasług załogi PZL Mielec z Black Hawka, gdyż one są ogromne, z czego powinni być dumni, jednak to tylko mała część mieleckiego społeczeństwa.
            Następnym rażącym mnie faktem  jest zdanie na stronie 35 cytuję: „Dzięki ludziom którzy przybyli tu z całej Polski, aby budować największy polski zakład lotniczy, urosło też miasto, powstała bardzo prężna, wymagająca społeczność”. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, bo pomija ono całkowicie udział rodowitych Mielczan. Prawdą jest, że przyjeżdżali z całej Polski fachowcy, ale nie przyjechali do Mielca na bezludną pustynię, lecz do społeczeństwa posiadającego rozbudzoną świadomość lotniczą. Tą świadomość lotniczą rozbudzili Mielczanom swoimi lotniczymi osiągnięciami dwaj bracia Stanisław i Mieczysław Działowscy. Swymi konstrukcjami lotniczymi, przylotami do Mielca i innymi lotniczymi akcjami zaszczepili Mielczanom lotniczą pasję, w wyniku czego wybudowano lotnisko turystyczne i powstała LOPP będąca zalążkiem późniejszego Aeroklubu. Tego nie wolno zapominać. Uważam, że wszędzie tam gdzie mowa o Mielcu, historii i lotnictwie należy przynajmniej wspomnieć o Działowskich, aby być w zgodzie z prawdą historyczną. Uważam, że ogromnym błędem uroczystości 75-lecia Przemysłu Lotniczego w Mielcu było pominięcie tego faktu. Nie wspomniano o tym w żadnym z tekstów i nie przewinęło się ono w żadnej wypowiedzi.
            Rodzina Działowskich począwszy od powstańca Walentego Działowskiego, to zacna rodzina, a ich potomkowie do dzisiaj znani są ze swego lotniczego zaangażowania. Dlaczego dopuszczamy, że w lotniczym światku Krakowa, czy Wrocławia są więcej znani niż w macierzystym mieście Mielcu? Kiedy pewnego razu profesorowi Wielgusowi z Krakowa wspomniałem o Działowskich, rozjaśniły się mu lica i wyrecytował jednym tchem ich historię, natomiast absolwentka mieleckiej szkoły im Stanisława Działowskiego nie wiedziała kto to taki. Taki jest po prostu wynik jeśli nie wykorzystujemy odpowiednich rocznic do przypominania faktów historycznych. Napisana historia w encyklopediach i grubych księgach to mało. Należy wiadomości z niej przy każdej okazji wyciągać przekazując ją potomnym. Taka okazja została w tym wypadku zmarnowana.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, 3 września 2013