Jeszcze
o Irydzie
Minęło już 21 lat od wypadku Irydy, od którego
rozpoczęło się niszczenie przemysłu lotniczego. Napisałem o tym w poprzednich
latach kilka tematów. Jednak temat ten długo będzie bulwersował opinię
publiczną, gdyż to co zrobiono było wręcz niesamowicie głupie. Ponowne poruszenie tematu Iryda zdopingowało
mnie faktem, że jeden z mieleckich konstruktorów mgr inż. Stanisław Śmist
przysłał mi część swoich wspomnień udzielając zgody na ich publikację. Brał
udział w Komisji Badania Wypadków Lotniczych Irydy, gdzie w Dęblinie zginęło 2
pilotów w styczniu 1996 roku. Pisząc
wspomnienia, opisał dokładnie przebieg owej Komisji z czym pragnę
zainteresowanych zapoznać. Poniżej w całości treść jego wspomnień wraz z
dokumentalnymi zdjęciami:
Dęblina. Kiedy przejeżdżaliśmy przez przejazd kolejowy
i od Jednostki Wojskowej dzieliło nas kilka kilometrów, w radiu znowu podano
informację o katastrofie, ale już Irydy, oraz krótki wywiad z Przewodniczącym
Komisji Badań Wypadków Lotniczych, pułkownikiem Urbańskim, który między innymi
stwierdził, że w tej katastrofie nie zawinili ludzie. Na podstawie tej
informacji można było stwierdzić, że przyczyna katastrofy jest oczywista, bo
Przewodniczący Komisji sugeruje a nawet podaje przyczynę katastrofy zanim ta
Komisja zebrała się w komplecie. Ta informacja to wyraźne wskazanie winy na
samolot. Dojeżdżamy do Jednostki, pod główny budynek Pułku Szkolnego. W holu
wita nas zasmucony płk Czyż. Zwraca się do nas między innymi tymi słowami:-
Panowie, stała się straszna rzecz, zginął Tomek Chudzik i Janek Mieszkowski,
cokolwiek byście nie znaleźli w trakcie badania tej katastrofy nie wskazujcie
na ludzi, oni już nie żyją, niech przynajmniej rodziny mają lepsze
odszkodowanie. Samolot sobie poradzi.
Chociaż z trudem rozumiałem te
słowa, jedno zwróciło moją uwagę, że odszkodowanie zależy od tego kto jest
winny katastrofy. Nie wiem, czy te sprawy regulują jakieś przepisy, w ogóle nie
znam się na tych sprawach. W myślach i przed oczami miałem tylko pilotów, a
szczególnie Tomka, jego bardziej poznałem i traktowaliśmy się jak przyjaciele.
Po holu kręciło się masa osób, cywili i umundurowanych. Na twarzach niektórych
z nich wcale nie było widać smutku, a nawet można było dostrzec ironiczne
uśmieszki. Jest już późny wieczór i na miejscu są już wszyscy stali członkowie
KBWL. Są obecni i potrzebni przedstawiciele użytkownika i producenta samolotu,
którzy mogą być dokooptowani do Komisji. Wszyscy zbieramy się na dużej sali
konferencyjnej. Ustalony zostaje skład
Komisji, w który wchodzą członkowie czynni z prawem głosu podczas obrad i
członkowie bierni, bez prawa głosu, służący głównie do realizacji wszelkich
prac przygotowawczych i wykonywania zaleceń tych czynnych członków. Zostaję
przydzielony do członków biernych, jak większość tych zwykłych konstruktorów, i
powierzono mi zadanie „złożenia”
samolotu z fragmentów i części przywiezionych z miejsca katastrofy, jako temu,
który najbardziej zna się na budowie samolotu Iryda. Do pomocy przydzielono mi
grupę żołnierzy z czynnej służby, którzy z
dużych stert fragmentów samolotu, zebranych nawet razem z ziemią,
wydobywali je, przedstawiali mi te fragmenty i kładli je w miejscu przeze mnie wskazanym, na narysowanym kredą na posadzce hangaru,
konturowego obrysu Irydy w mniej więcej naturalnej wielkości. Większe fragmenty
przewożone były przy użyciu hydraulicznych podnośników. Takimi dużymi
fragmentami była prawa burta kadłuba, o długości prawie od noska aż do ogona,
chociaż mocno pokiereszowana, fragmenty skrzydeł i usterzenia. Lewa burta i
pozostała struktura znajdowała się w drobnych kawałkach, jak na niżej
zaprezentowanych zdjęciach. W tych fragmentach zauważyłem wiele ciekawych
zjawisk, nie mających wpływu na przyczynę katastrofy, ale zdumiewających z
punktu technicznego, mechanicznego i fizycznego. Takim przykładem może być
fragment podłużnicy na trwale połączony ze spłaszczoną rurą układu sterowania.
Bliżej można to opisać w sposób następujący: fragment podłużnicy o długości
ponad pół metra oderwał się od pokrycia samolotu zrywając łby nitów, a w
następnej kolejności nastąpiło zderzenie tego fragmentu podłużnicy, najeżonej
trzpieniami nitów, z rurą popychacza o około 30 mm średnicy, z układu
sterowania samolotu w kanale podłużnym, nastąpiło spłaszczenie tej rury, a
trzpienie nitów wybiły w rurze otwory i przytwierdziły fragment kątownika do
spłaszczonej rury. Rozłączenie tych dwóch części pokazało szereg wyciętych
otworów w rurze, jakby to wykonał wykrojnik, a przecież dokonane to zostało
przez miękkie, aluminiowe nity w wykonanej ze stopu aluminium rurze. Można
tylko sobie wyobrazić jak ogromna musiała być dynamika tego zderzenia, lub
uznać to za zjawisko niemożliwe. Zastanawiać się można było nad wieloma innymi
fragmentami. Widać było, że niektóre fragmenty samolotu ogarnięte były pożarem,
który występował między innymi w rejonie kabin, a jako dowód należy uznać nadtopione korpusy sterownicy
ręcznej, czyli mechanizmów w których zamocowane są rury drążka sterownicy. Przez całą noc, ja i przydzielona mi grupa
pracowaliśmy na złożeniem samolotu. Grzebaliśmy w tych stertach części i ziemi,
które usypywane były z przywożących je samochodów, wyszukując coraz mniejsze
fragmenty i mechanizmy i przypasowując je do miejsca z którego mogły pochodzić
w najbardziej możliwym prawdopodobieństwem. Nie wiem czy główna część Komisji
również pracowała w nocy, czy udała się na spoczynek. Z tą główną częścią
Komisji spotykałem się w czasie posiłków na stołówce. Zaraz z rana kolejnego
dnia otrzymałem polecenie odszukania przełącznika (AZS) sterującego
rozdzielaczem hydraulicznym, podającym ciecz hydrauliczną do siłownika
przestawiającego statecznik wysokości. Po odnalezieniu tego wyłącznika,
członkowie Komisji zabrali go na salę obrad do specjalistycznych badań i od
tego momentu był on już pod specjalnym nadzorem. Zaciekawił mnie fotel
katapultowy z drugiej kabiny. Był rozczłonkowany co najmniej na dwie główne
części. Część siedzeniowa zwana miską oddzielona była od oparcia wraz z zagłówkiem i rura pirostrzelby. Ta część siedzeniowa była strasznie
zmaltretowana, szczególnie boki tej miski lub inaczej podłokietniki.
 |
| Fragment struktury środkowej części kadłuba
ocalały po pożarze |
 |
| Fragment środkowej części kadłuba z golenią
podwozia głównego |
 |
| Ogólny widok na układane w hangarze fragmenty
samolotu |
 |
| Fragment
struktury z widoczną na pierwszym planie spłaszczoną rura z wybitymi otworami
przez nity. |
 |
| Fragment
oderwanej końcówki lewego skrzydła. |
 |
| Oderwany od kadłuba statecznik pionowy z
oderwanym bez oderwanego steru kierunku |
 |
| Zniszczony statecznik pionowy, na pierwszym
planie wyrwane ze statecznika fragmenty
pokrycia na krawędzi natarcia. |
 |
| Rozerwany ster kierunku |
 |
| Rozerwany ster kierunku (w innym ujęciu) |
 |
| Oparcie fotela z zagłówkiem i rurą
pirostrzelby, widoczne uszkodzenia lewej strony po zderzeniu ze statecznikiem
pionowym. |
Zastanawiające co mogło tak
zniszczyć tę część fotela? Tak kolokwialnie, na pierwszy rzut oka, miska
przemieszczała się w poprzek kabiny i obijała się o burty. To tylko
domniemanie. Dziwnie ugięte było okucie uchwytu katapultowania, tak, że uchwyty
skierowane były ku dołowi, zamiast do góry. Prawidłowo te uchwyty znajdują się
między udami pilota dla łatwości ich dostępu. Domyślałem się, że zagięcie
nastąpiło podczas zderzenia się miski z gruntem. Zmieniłem jednak zdanie gdy
ktoś przyniósł zasobnik awaryjny, na powierzchni którego zobaczyłem wyraźnie
odgnieciony kształt okucia uchwytu katapultowania. Szczególnie pasujące były do
siebie odgniecenia, a raczej wytłoczenia od śrub mocujących okucie. Przymierzałem te dwa elementy i
zastanawiałem się kiedy nastąpiło zderzenie tych elementów. Będący w pobliżu
jeden z członków tej głównej części Komisji stwierdził:
-
To się wygięło przy upadku na ziemię -.
-
To jest nieprawda, zasobnik awaryjny wraz z ciałem pilota upadł na ziemię w
całkiem innym miejscu aniżeli miska fotela – zanegowałem.
Posiadałem, już miałem informację gdzie upadła miska, a
gdzie upadło ciało pilota. Mój wyraźny sprzeciw w tej sprawie i jeszcze w wielu
innych domniemaniach Komisji, spowodował to, że miska fotela i zasobnik zostały
zarekwirowane z posadzki hangaru, a po przerwie obiadowej podszedł do Dyrektora
Zakładu Lotniczego mgr inż. Piotr Rudny i nakazał mi „zasznurowanie” buzi, pod
groźbą natychmiastowego odesłania mnie do domu. Nawet „dzień dobry” nie mogłem
mówić do członków Komisji, którzy po raz pierwszy pojawiali się w hangarze.
Zabronił mi mówić, ale nie zabronił mi rysować kredą na posadzce hangaru. Moje
przemyślenia próbowałem narysować, ale nie znalazłem u nikogo poparcia. Ci wojskowi przedstawiciele Komisji oglądali
te obrazki i znowu ironicznie się podśmiewali. Fotel katapultowy z przedniej
kabiny w ogóle nie był dostępny. Po
czterech dniach takiej pracy, moja misja została zakończona i udałem się do
domu. Mój udział w pracach Komisji potwierdza poniższe oświadczenie.
 |
| Oświadczenie o moim udziale w pracach komisji powypadkowej. |
Po
kilku dniach ukazał się protokół z posiedzenia końcowego KBWL pod przewodnictwem
płk Urbańskiego, jeszcze nieoficjalny, w który stwierdzono, że przyczyną
katastrofy była niesterowność samolotu w kanale podłużnym, spowodowane
samoczynnym wychyleniem się, maksymalnie ku górze, płyty statecznika poziomego,
będącego następstwem zwarcia elektrycznego w przełączniku (AZS-ie).
Według mojej własnej oceny,
stwierdzonych faktów oraz domniemań, a także na podstawie opinii innych
świadków tej katastrofy oraz ich opowiadań przyczyna katastrofy samolotu Iryda w
dniu 24 stycznia 1996 roku była całkiem inna. Na podstawie tych
niezaprzeczalnych faktów oraz domniemań opisuje możliwy przebieg zdarzeń, mający jakikolwiek związek z tą katastrofą.
Nie wszystkie sekwencje tego opisu mogą być rzeczywiste, ale mogą być
możliwe. Jak już wspomniałem wcześniej,
przyczyn katastrofy lotniczej, ale nie tylko, nigdy nie można określić ze stu
procentową pewnością i zawsze przyjmuję taką zasadę. W większości przypadków, a
może nawet w każdym przypadku, przyczyną katastrofy nie jest jedno samoistne zdarzenie,
ale ciąg zdarzeń, które potęgują prawdopodobieństwo wystąpienia katastrofy.
Takie ciągi zdarzeń występują ciągle, ale wystarczy, że taki ciąg zostanie
przerwany i wtedy do katastrofy nie dochodzi. Z tych faktów nawet nie zdajemy
sobie sprawy. Przestrzegam czytających, że w dalszym opisie mogą pojawić się
sceny drastyczne, dlatego te fragmenty opisu radzę pominąć.
Przebieg
tej katastrofy rozpoczął się jeszcze dzień wcześniej, przed rzeczywistym dniem
jej wydarzenia. Na ten dzień przewidziane było zakończenie szkolenia
praktycznego pilotów Lotnictwa Marynarki Wojennej. Szkolenie odbywało się w
dwuosobowych zespołach składających się z pilota instruktora z Dęblińskiej
szkoły oraz pilota ucznia z Lotnictwa Marynarki. Taki zespól tworzył, między
innymi pilot uczeń kpt. Jan Mieszkowski oraz nieznany mi z nazwiska pilot
instruktor. Ten zespól do szkolenia używał samolotu o nr fabrycznym AN002-03.
Niestety w tym zespole występowało małe opóźnienie w szkoleniu ze względu na czasową niedyspozycję pilota ucznia. Pozostałe
zespoły zakończyły cały cykl szkolenia natomiast ten duet miał jeszcze do
wykonania lot z zakresu akrobacji wyższej. Zdecydowano, że ten lot zostanie
wykonany po oficjalnym zakończeniu szkolenia. Zakończenie takiego szkolenia to
jak zwykle był pretekst do zorganizowania uroczystości lub inaczej imprezy, na
której między innymi raczono się alkoholem. Oczywiście, jak już wcześniej takie
przypadki opisywałem, ci, którzy w następnym dniu mieli zaplanowane loty, mogli
tylko powąchać zapach alkoholu lub użyć go w symbolicznej ilości. To dotyczyło
między innymi pilota Mieszkowskiego i jego instruktora. Instruktor jednak nie
zachował tej zasady i w kolejnym dniu nie był dysponowany do wykonywania lotów.
Telefonicznie poinformował o swojej niedyspozycji, prosząc o urlopowanie z pracy.
Do wykonania tego lotu dysponowano w zastępstwie jako instruktora mjr Tomasza
Chudzika, który w dniu poprzednim nie nadużył lub nawet nie użył alkoholu,
prawdopodobnie z powodu o którym już wcześniej wspomniałem. Samolot, na którym
dotąd szkolił się uczeń pilot był gotowy do lotu. Miejsce w pierwszej kabinie
zajął uczeń pilot kpt Jan Mieszkowski, natomiast w drugiej kabinie usadowił się
pilot instruktor mjr Tomasz Chudzik. Budowa ciała, albo inaczej postura pilota
Chudzika była całkowicie odmienna od dotychczas zasiadającego w tej kabinie
pilota instruktora. Ten był krępej budowy o niezbyt wysokim wzroście, natomiast
Tomasz Chudzik charakteryzował się szczupłą, wysportowaną sylwetką o dosyć
wysokim wzroście. Przy takiej różnicy postury pilotów, zasiadających w tym samym fotelu, powinna nastąpić regulacja położenia miski fotelowej oraz
długości pasów przytrzymujących pilota w fotelu. Pilot instruktor jednak tego
nie uczynił i to był pierwszy ważniejszy przyczynek do mającej zaistnieć
katastrofy. Po zamknięciu kopułki, mechanik obsługujący pilota w drugiej
kabinie zasugerował obniżenie miski fotelowej, ale pilot przecisnął rękę ubraną
w rękawiczkę pomiędzy oszkleniem kopułki a hełmofonem i nie zdecydował się na
obniżenie. Tą czynność można wykonać tylko w czasie postoju samolotu. Tutaj
przytoczę fragment z opisu budowy samolotu Iryda, która szczyciła się tym, że
kabiny są wzajemnie przesunięte w pionie względem siebie, co polepsza
widoczność do przodu pilotowi z drugiej kabiny i w widoku nie przeszkadzają mu
elementy znajdujące się w pierwszej kabinie, ponadto położenie siedzenia fotela jest regulowane w
pionie i może być dopasowane w zależności od wzrostu pilota. Silniki zostały
uruchomione i samolot z nad pasa wzbił się w powietrze. Zgodnie z
wcześniejszymi ustaleniami, najpierw pilot instruktor miał pokazać pilotowi
uczniowi sposoby sterowania przy wykonywaniu figur tzw. wyższej akrobacji, a
potem miał to powtórzyć pilot uczeń. Na wykresach z rejestratora SARPP,
wyraźnie można zauważyć w którym
momencie sterowanie przejął pilot uczeń. Jego przyzwyczajenie do sterowania
samolotem MiG-21, na którym głównie latał do tej pory, można zauważyć podczas
sterowania Irydy. Ruchy sterownicą są dynamiczne i pełne, bo takich wymagał
MiG-21, natomiast Iryda wymagała ruchów delikatnych i płynnych i tak sterowana
była przez mającego na tym samolocie już duże doświadczenie pilota Tomasza
Chudzika. Niektórzy piloci latający Irydami twierdzili, że Iryda bardzo „słucha
się” pilota i podąża za jego nawet delikatnymi ruchami drążkiem sterowym, a
inni bardziej wulgarnie określali to, że Iryda zachowuje się jak nierozkur….a
panienka na chodniku. Gdy sterowanie przejął pilot uczeń i wykonał pierwsze
figury, pilot instruktor zauważył, że nie jest wystarczająco dociągnięty pasami
do fotela i przemieszcza się po fotelu. Dlaczego nie zauważył tego, gdy on
sterował samolotem? Spróbuję to wyjaśnić w oparcie o fizjologię człowieka, chociaż z tą dziedzina nauki nigdy nie miałem
nic do czynienia. Wydaje mi się, że mózg człowieka wysyłający „rozkazy” do
mięśni poruszających np. układem sterowania samolotu, równocześnie wysyła
rozkazy blokujące odpowiednie mięśnie przeciwdziałające siłom bezwładności,
przewidywanym w danej sytuacji ruchowej. To zjawisko zauważyłem podczas jazdy
samochodem, w mniej więcej tych samych warunkach, jako kierowca, a potem jako
pasażer. Myślę, że to zjawisko miało miejsce w tym przypadku. Wracając do
przebiegu katastrofy, w tym momencie mogło nastąpić przerwanie ciągu zdarzeń,
gdyby pilot instruktor poinformował pilota ucznia sterującego w tym czasie
samolotem o utrzymaniu przez chwilę toru lotu samolotu bez przeciążeń, dającą możliwość
doregulowania pasów fotelowych. Pilot instruktor jednak tego nie uczynił. W
momencie, w którym samolot wyrównał lot, zdecydował się na uniesienie białej
dźwigienki, znajdującej się przy lewym podłokietniku fotela i przesunięcie jej
do przodu, co powinno spowodować, że pasy automatycznie zostaną dociągnięte.
Zbieg okoliczności sprawił jednak, że w tym samym momencie pilot uczeń,
sterujący samolotem wprowadził samolot do lotu nurkowego, wywołując znaczne,
ujemne przeciążenie. Działające w tym przeciążeniu siły między innymi na ciało
pilota instruktora, przemieściły go ku górze,
tym bardziej swobodnie, że blokada pasów została zwolniona. Pilot, głowa
ubraną w hełmofon, uderzył w oszklenie kopułki i wybił go, przerywając obwód elektryczny sznura detonacyjnego
z obwodu pirokruszenia oszklenia, oraz prawdopodobnie łamiąc sobie kręgi
kręgosłupa szyjnego. Mówię tu że prawdopodobnie zdarzyło się to w tym momencie,
bo pilot takie uszkodzenia posiadał, chociaż do wybicia oszklenia kopułki od
wewnątrz wcale nie potrzeba aż tak dużych sił i czasami pomaga w tym
ciśnieniowanie kabiny. Taki przypadek zdarzył się już pilotowi fabrycznemu z
Mielca, który wylądował na lotnisku z wielką „dziurą” wybitą w oszkleniu
kopułki, ale bez uszczerbku na zdrowiu. Twierdził, że to ptak lub coś innego
uderzyło w oszklenie i uszkodziło go nie przyznając się do luźno zapiętych
pasów i śladów na hełmofonie. W tym przypadku, siły od ujemnego przeciążenia
zadziałały również na zasobnik awaryjny fotela, który, za nogami pilota, wysunął się z wnęki w siedzisku fotela. Od
samolotu oddzieliły się w tym momencie co najmniej trzy elementy: fragmenty
rozbitego oszklenia, fragment tzw. przyłbicy hełmofonu, czyli takiej
przeźroczystej, ruchomej zasłony na oczy
i twarz pilota oraz prawa rękawiczka pilota, z ściągnięta z ręki przez strugi
powietrza, wyrzuconej poza kabinę siłą przeciążenia. Ta ręka, w tym czasie
była swobodna, a druga była zajęta dźwignią dociągania pasów. Te trzy elementy
zostały znalezione w pobliżu siebie, w najdalszej odległości od zderzenia samolotu z ziemią. Po chwilowym działaniu ujemnego przeciążenia,
kolejnością rzeczy jest aby przeciążenie wróciło do zera lub nawet zmieniło
kierunek na dodatni. W tym przypadku było to przeciążenie o dużej wartości
dodatniej. Siły działające na instruktora pilota, „posadziły” go z powrotem na
fotelu, niestety zasobnik awaryjny nie trafił na swoje miejsce. Skrzynka
zasobnika przesunęła się nieco do przodu i trafiła na okucie uchwytów
katapultowania. Naciskając na to okucie własną masą i masą ciała pilota,
skrzynka spowodowała wygięcie okucia do dołu i uchwyty katapultowania zwrócone
zostały w kierunku podłogi kabiny. Na skrzynce zasobnika odwzorowane zostały
kształty okucia i mocujących je śrub. To zagięcie okucia uruchomiło cykl, wcale
nie chcianego przez pilota, katapultowania fotela. W trakcie tego cyklu, następują
w bardzo krótkim czasie sekwencyjne
działania poszczególnych układów w całym
systemie katapultowania. Te interwały czasowe są tak krótkie, że nawet trudno
określić które działania są pierwsze a które kolejne. Zapewne uruchomiony
został w pierwszej kolejności system pirokruszenia oszklenia, ale to działanie
nie zostało zrealizowane, ponieważ wcześniej przerwany został obwód,
umieszczonego na oszkleniu, sznura z ładunkiem detonacyjnym. Zadziałał system
przyciągania nóg pilota do fotela, zabezpieczający te części ciała przed
uszkodzeniem podczas wychodzenia fotela razem z pilotem z kabiny samolotu.
Odpalony został ładunek w pirostrzelbie, w której skumulowana energia wybuchu
tego ładunku powinna wynieść fotel razem z pilotem na wysokość około 1600
milimetrów od podłogi kabiny. Równocześnie z labiryntu znajdującego się na
korpusie silników rakietowych, umieszczonych pod siedziskiem fotela, wyplata
się linka, jednym końcem przymocowana do podłogi kabiny a drugim do spustu
odpalającego silniki rakietowe. Linka jednak nie wyplotła się w całości. W tym
labiryncie pozostało około 120 milimetrów linki. Fotel razem z pilotem
zatrzymuje się w górnej części prowadnic, przytwierdzonych do pochyłej 19-tej
wręgi kadłuba. Po tych prowadnicach fotel powinien przesuwać się aż do
opuszczenia samolotu. Dalsze przemieszczanie fotela powinny zapewnić
uruchomione silniki rakietowe. W tym przypadku fotel się zatrzymał i silniki
rakietowe nie zostały odpalone. Dlaczego tak się stało? Na to pytanie w moim
opisie przebiegu katastrofy nie znajduje jednoznacznej odpowiedzi. Domysły mogą
być różne, a to: ładunek w pirostrzelbie był zbyt słaby i nie wyniósł fotela na
wymaganą wysokość, byłby to błąd producenta fotela; uruchomienie pirostrzelby
nastąpiło przy przeciążeniu dodatnim większym niż 2,5 g , a zatem powyżej
przeciążenia jakie jest dopuszczalne dla fotela VS-1BRI, przy którym producent
fotela gwarantuje wyrzucenie fotela na odpowiednią odległość, to mogło się
zdarzyć, przecież uruchomienie katapultowania nastąpiło w momencie
oddziaływania dodatniego przeciążenia. Niestety nie posiadam na to dowodu, bo
po pierwsze nie miałem swobodnego dostępu do zapisów rejestratora parametrów
lotu, a po drugie moment uruchomienia katapultowania nie jest zapisany na
taśmie rejestratora. Dlaczego brak jest zapisu
na taśmie rejestratora momentu uruchomienia katapultowania? Odpowiedź w
moim przekonaniu jest prosta, aczkolwiek wymaga szerszego wyjaśnienia. Brak
jest zapisu, ponieważ w tym miejscu samolot Iryda posiadał według mnie poważny
błąd konstrukcyjny. Otóż do rejestratora podawany był sygnał tzw.
zero-jedynkowy, pochodzący z rozłączenia złącza ARK, a z kolei to rozłączenie
następowało po opuszczeniu samolotu przez fotel. Tutaj można by zadać kolejne
pytanie: Po co i komu potrzebny jest zapis na rejestratorze takiej informacji?
Chyba tylko po to aby uchwycić czas lub moment wyjścia fotela z samolotu. Samo
wyrzucenie fotela jest zawsze możliwe do naocznego stwierdzenia po zaistniałym fakcie,
bo albo fotel wraz z pilotem pozostanie razem z samolotem, albo będzie w innym
miejscu. Interesującą byłaby dla badacza katastrofy informacja o momencie
uruchomienia katapulty a nawet chęć użycia fotela katapultowego przez pilota potwierdzona
pociągnięciem za uchwyty katapultowania. Na Irydzie takiej możliwości jednak
nie było i to był właśnie błąd, który wielokrotnie zarzucałem konstruktorom
tego systemu. Podobnież inaczej nie można było podać tego sygnału na
rejestrator, gdyż rejestrator SARRPP do zarejestrowania, wymagał trwania
sygnału przynajmniej przez pół sekundy. Przed wprowadzeniem odpowiednich zmian
konstrukcyjnych, takimi właśnie argumentami bronili się konstruktorzy systemu
katapultowania. Jeszcze inną przyczyną
nie wyrzucenia fotela na odpowiednia wysokość mogło być zużycie energii na
pokonanie jakieś przypadkowej siły hamującej. Taką siłą mogło być zaczepienie
uchwytu katapultowania o jakiś element w kabinie samolotu. Uchwyty
katapultowania to takie dwie oddzielne
rękojeści przyczepione do rozwidlonych w kształcie litery Y linek. Jedna
z tych linek była urwana. Kiedy i w jakich okolicznościach ta linka została
urwana? Dokonałem dokładnych oględzin tej linki. To nie była goła linka, ale
otoczona plastikową osłona, a raczej zalana w plastiku. Na tym plastiku,
w miejscu przerwania zauważyłem ślady, jakby od gwintowanej śruby, o która ten
jeden uchwyt zaczepił. Jakiś czas po katastrofie przeglądnąłem kabiny wielu
egzemplarzy samolotów Iryda w poszukiwaniu elementu o który mógłby zaczepić
uchwyt katapultowania i wyhamować wyrzucanie fotela. Niczego takiego nie
znalazłem, chociaż w trakcie oglądania części samolotu po katastrofie,
stwierdziłem, że na korpusie sterownicy ręcznej w miejscu mocowania rury
sterownicy zastosowana jest śruba
dłuższa niż przewiduje dokumentacja konstrukcyjna. Taka dłuższa o kilkanaście milimetrów śruba
zamontowana była tylko na korpusie jednej sterownicy, a takie identyczne
korpusy występują w przedniej i tylnej kabinie. Nie byłem jednak w stanie stwierdzić,
z której kabiny korpus, miał tą dłuższa śrubę. Oba korpusy były mocno
nadtopione. Czy ta śruba mogła zatrzymać fotel? W takim przypadku na
rejestratorze powinno być zapisane szarpnięcie w zapisie ruchów sterownicy
ręcznej. Niestety tych zapisów nigdy nie oglądałem. Wróćmy do opisu tego, co
działo się na samolocie. Pilot razem z fotelem był częściowo wystawiony poza
obrys samolotu, na destrukcyjne działanie strug powietrza, które rozrywały
skórę na jego twarzy, powieki i policzki. Jego twarz nie była osłonięta, gdyż
zasłona hełmofonu została zerwana i już spadła na ziemię. Zapewne ten obraz
widział pilot uczeń w lusterkach wstecznych, umieszczonych na obrzeżach
przedniej kopułki. Nastąpiły kolejne czynności cyklu katapultowania, czyli
wypuszczenie spadochronu fotelowego. Otwarta czasza tego spadochronu
wprowadziła znaczną siłę w układ równowagi samolotu, powodując gwałtowne
zadzieranie nosa samolotu i drastyczne zmniejszanie prędkości, na które
zareagował pilot sterujący samolotem. Zwiększył moc silników do maksymalnych
wartości, a także świadomie skorzystał z przestawienia płyty statecznika
poziomego maksymalnie ku górze, zwiększając kąt na tarcia i siły
aerodynamiczne, pochylające samolot. Tym przestawieniem chciał pomóc sobie w
wyrównaniu lotu do ruchu poziomego. Podkreślam, że tą czynność wykonał świadomie
pilot, a nie, jak stwierdziła Komisja, że nastąpiło samoczynne przestawienie
się statecznika, spowodowane zwarciem elektrycznym przełącznika. Te czynności,
dokonane przez pilota, nie pozwoliły jednak na wyrównanie lotu i utrzymanie
wystarczającej prędkości samolotu. Dla zwiększenia prędkości, pilot przechylił samolot
do lotu plecowego. W tej konfiguracji samolot szybko uzyskał znaczną prędkość,
która zwiększyła siłę wyrywającą fotel, pochodzącą od otwartej czaszy
spadochronu. Siła ta była tak duża, że wyłamała oparcie fotela wraz
z rurą pirostrzelby, które oddzieliły się od samolotu. Elementy te uderzyły w
usterzenie samolotu i znacząco uszkodziły statecznik poziomy oraz pionowy.
Odchodząca od samolotu rura pirostrzelby uszkodziła ciało pilota, przywiązane pasami
ściągającymi nogi do zakleszczonej o burty kadłuba, miski fotelowej, a także
spowodowała wypuszczenie spadochronu ratunkowego pilota. Tylko na moment z sił
działających na samolot zanikła siła od spadochronu fotelowego. Teraz pojawiła
się jeszcze większa siła, podobnie działająca, pochodząca od częściowo otwartej
czaszy spadochronu ratunkowego. Spadochron ten otworzył się tylko częściowo,
ponieważ czasza zaplątała się w wystające elementy uszkodzonego usterzenia.
Siła od tej czaszy ciągnie za ciało pilota, które w dalszym ciągu jest
przytroczone do miski fotelowej. Manewry samolotem, przewracające samolot z
lotu normalnego do lotu plecowego, w celu zwiększenia prędkości, zwiększają
również siłę wyciągającą ciało pilota. Następuje zerwanie ścięgien i wyciągniecie
stóp pilota z butów, które przytroczone były do miski. Ciało pilota przypięte
do uprzęży spadochronu, którego czasza jest zaplątana w usterzeniu jest
ciągnięte za samolotem. W tym momencie parametry lotu samolotu są już destrukcyjne
dla samolotu, a szczególnie dla uszkodzonego usterzenia. Tych obciążeń nie
wytrzymuje usterzenie poziome i odrywa się od kadłuba. Przeciążenie jakie w tym
momencie pojawiło się w kabinach samolotu wyrywa zakleszczoną miskę fotela,
która wypadając z samolotu rozłącza złącze ARK i dopiero wtedy podany jest
sygnał katapultowania na rejestrator SARPP. Jest to ostatni sygnał zapisany na rejestratorze, bo w tym
samym momencie odrywa się od kadłuba statecznik pionowy, w którym umieszczony jest rejestrator. Dalszy ruch samolotu chyba nie można już
nazwać lotem. W tym bliżej nie dającym się określić ruchu następuje oderwanie
się końcówki lewego skrzydła i pozostała część samolotu uderza w ziemię.
Uderzenie jest tak mocne, że następuje uruchomienie cyklu katapultowania fotela
pierwszej kabiny. Pilot uczeń wraz z fotelem zostaję odrzucony od samolotu, ale
pod zbyt płaskim kątem i przy zerowej prędkości, a przecież to jest fotel klasy
0-150, czyli do gwarantowanego otwarcia spadochronu ratunkowego wymagana jest
prędkość ruchu obiektu minimum 150 km/godz, zatem spadochron ratunkowy nie
otworzył się, bo była zbyt mała wysokość i zerowa prędkość obiektu, z którego nastąpiło katapultowanie. Nawet nie
zdążyło wystąpić oddzielenie się pilota od fotela katapultowego. Fotel razem z
pilotem spadł na ziemię. Używam tu słowa pilot, ale raczej było to już ciało
pilota. Człowiek nie powinien przeżyć przeciążenia, jakie prawdopodobnie
nastąpiło po oderwaniu się od samolotu usterzenia. Szczątki samolotu objął
pożar. Obrazowo przebieg tej katastrofy przedstawiam na poniższych odręcznych
szkicach.