poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Mieleckie wspomnienia


Mieleckie wspomnienia

Mam tych wspomnień taka wiele, a najwięcej kiedy jestem w Mielcu. One aż uwierają w głowie, aby je wyrzucić na zewnątrz. Najłatwiej byłoby, aby jakimś przewodem podobnym do USB czy HDMI połączyć mózg komputerem i dwoma kliknięciami kopiuj i wklej przelać je na twardy dysk. Dobrze jednak, że Stwórca nigdy na to nie pozwoli, bo głupota ludzka na pewno wykorzystała by ten fakt do swych niecnych czynów.

Najwięcej wspomnień odwiedza mnie kiedy spotykam się z kolegami i znajomymi, z którymi przez 30 lat na mieleckim lotnisku i wielu krajach świata dzieliłem trudy lotniczego fachu. Nie często mam takie spotkania, bo nie często bywam w Mielcu, ale ostatnio spotkałem się z kilkoma kolegami z którymi powspominaliśmy dawne dzieje. Opowiedziałem im swoje nieznane życiowe historie i pogawędziliśmy o tym i owym.
 Mirosław Mikołajczyk zwany przez nas Wojtkiem

Od prawej Jerzy Pietrzak - pilot doświadczalny, Franciszek Drozdowski - pilot doświadczalny, Franciszek Kaszuba - mechanik pokładowy, Jerzy Łukasik - mechanik

Józef Duszkiewicz - mechanik pokładowy ZUA


Koledzy z którymi ostatnio spotkałem się w Mielcu. Od lewej Władysław Florek, Józef Ciężadło, Jan Misiek, Jerzy Łukasik, Franciszek Kaszuba, Franciszek Drozdowski, Jerzy Pietrzak, Józef Duszkiewicz, Mirosław Mikołajczyk.

Władysław Florek, Józef Ciężadło, Jan Misiek, Jerzy Łukasik, Franciszek Kaszuba. Robiłem powyższe zdjęcia, więc mnie na nich nie ma


Kiedy patrzę na ich obecne zniszczone twarze, staram się dostrzec ich młodzieńczą werwę z jaką wykonywali lotniczy trud. Widząc „Wojtka” Mikołajczyka i Frania Kaszubę przypomina mi się nie tylko praca na lotnisku w Mielcu, ale także w Sudanie  w bazie Turabi, gdzie w agrolotnictwie niszczyliśmy szkodniki na plantacjach bawełny. Przeżyliśmy tam niebezpieczną, humorystyczną, ale szczęśliwie zakończoną przygodę. Władziu Florek przypomina mi pracę w Serwisie, załatwianie reklamacji lotniczych w jednostkach wojskowych, Reklamacje w Rumunii, Przekazywanie samolotów AN-2 Rosjanom we Lwowie. Franiu Drozdowski – późniejszy pilot doświadczalny przypomina mi pracę na tzw. Tajwanie, gdzie dzieliliśmy trudy uruchamiania radiolokacyjnego urządzenia RP-5 na samolotach Lim 5P. Jurek Pietrzak – wspaniały pilot to też osobna legenda lotnicza. Józiu Ciężadło - pracował wspólnie z Jozefem Misiaczkiem w sekcji prób w locie pod kierownictwem inż. Kuca. Przeprowadzali próby na wszystkich przekazywanych do prób samolotach. Następny to Jasiu Misiek – spokojny rozważny człowiek, obsługiwał uzbrojenie samolotów wojskowych, czyli działka i fotele katapultowe. Józiu Duszkiewicz to Aeroklub Mielecki i ZUA skąd ma wiele wspomnień. Jurek Łukasik – przypomina mi pracę w Serwisie skąd odszedłem na emeryturę.

Z innego spotkania pilot Zygmunt Osak przypomniał mi zmarłego Zbyszka Durę, z którym przez 10 lat razem Olkiem Wójcikiem kierowaliśmy na Wydziale 57 Start pracami ERNO i mechanikami. Przez cały rok ze Zbyszkiem Durą byłem w Indonezji, gdzie uruchamialiśmy dostarczone im przez Polskę samoloty Lim5P. Zbyszek zmarł wiele lat temu, a ja Osakowi zawdzięczam rozmowę telefoniczną z Andrzejem Durą – synem Zbyszka.

Mam i inne późniejsze wspomnienia, kiedy zetknąłem się z dr hab. Włodzimierzem Adamskim. We wrocławskim klubie Loteczka wystąpił kiedyś z ciekawą prelekcją. Zadziwił sposobem przedstawienia trudnych zagadnień lotniczych. To człowiek bardzo zasłużony naukowo, a mało ceniony w Mielcu. Jego zagraniczne wystąpienia i nagrody w kraju i za granicą nie wszystkim są tu znane. Proponuję zapoznać się z informacją o nim i jego ostatnio dołączonymi do szerokiej kolekcji nagród wyróżnieniami, klikając poniżej na link.
https://drive.google.com/drive/folders/1Mtav-0RRkt9u7ZxkhgOuFaPmOTsxxM6p?usp=sharing 

Czy staremu człowiekowi potrzebne są wspomnienia? Czy mają jakiś sens? W moim wypadku dopingują do dalszych działań.

Teofil Lenartowicz
Mielec, dnia 19 sierpnia 2019

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Mielec jest piękny, ale jego lotnicza historia jeszcze piękniejsza



Mielec jest piękny, ale jego lotnicza historia jeszcze piękniejsza
Mało znajdziemy na świecie miast, czy miejsc, które posiadają tak piękną lotniczą historię jak Mielec. 
Czyż nie jest to piękne, pouczające i zachęcające do działania, kiedy młody chłopiec zauroczony obiektem latającym poświęca swoje życie lotnictwu? Ucieka do obcego kraju, gdzie zdobywa pierwsze podstawy awiacji,  a następnie wraca wstępując do wojsk lotniczych w wyzwolonym od zaborców Kraju. Ściąga za sobą swego brata i wspólnie konstruują obiekty latające, budują je, następnie oblatują, stają się pilotami i zdobywają prestiżowe krajowe nagrody. Lotnicza krajowa prasa zachwyca się ich sukcesami. Rodzinne miasto Mielec czci swych bohaterów, rozbudzając w mieszkańcach lotniczą świadomość.
Mimo należytych środków finansowych zbudowali około 10-ciu udanych konstrukcji i tylko II Wojna Światowa przerwała ich passę. To dzięki nim decyzja zbudowania przemysłu lotniczego w powstającym Centralnym Okręgu Przemysłowym wypadła na Mielec, gdyż docenił ich działania płk Ludomił Rayski.
W mundurze płk Ludomił Rayski. Z dyplomem w ręku stoi Mieczysław Działowski
Decyzja nie mogła być inna, gdyż Mielec spełniał warunki co do miejsca lokalizacji. Zadecydowało zaangażowanie lotnicze władz miasta rozbudzone sukcesami dwu braci.


Stanisław i Mieczysław - Bracia Działowscy
To im Mielec zawdzięcza, że z zaściankowego 4 tysięcznego miasteczka Mielec stał się przemysłową potęgą lotniczą. Jeszcze przed II Wojną Światową zbudowano tam Polskie Zakłady Lotnicze, lotnisko, osiedle mieszkaniowe i odleciały stamtąd pierwsze samoloty PZL Łoś 37B. Po II Wojnie Światowej nastąpił dalszy rozwój i Mielec zachwycił ilością i  jakością odlatujących w świat samolotów.
Ci dwaj bracia to Stanisław i Mieczysław Działowski. Stanisław w czasie II Wojny Światowej dotarł z wojskiem do Wielkiej Brytanii, gdzie latając został w walce zestrzelony i zmarł z odniesionych ran.  Mieczysław przeżył wojnę i mieszkał w Mielcu, a za rządów komuny wyrzucony został z Aeroklubu, nie pozwolono mu latać, ani wstępować na lotnisko. Był przecież sanacyjnym wojskowym pilotem, a jego brat Stanisław walczył i zginął w obcym wrogim kraju. Dopiero Solidarność w 1981 roku przypomniała sobie o Braciach Działowskich i gazeta Głos Załogi zamieściła szeroki wywiad z Mieczysławem.
Wystawa awionetek Braci Działowskich w Poznaniu
Od tamtej pory i do dzisiaj o Działowskich zapomniano. Jedynie Aeroklub Mielecki przyjął nazwę Braci Działowskich i jedna szkoła przyjęła nazwę Stanisława Działowskiego. Pozostaje jednak pytanie, co dalej dzieje się z pamięcią o Działowskich?
W ubiegłym roku 2018 czciliśmy 100-lecie Niepodległości Polski, a w Mielcu ogłoszono obchody 80-lecia przemysłu lotniczego nie wspominając o Działowskich. Zbliżało się w ramach obchodów święta lotnictwa VIII Spotkanie Lotniczych Pokoleń Mielca. Była to wspaniała okazja, aby obchodzić 100-lecie lotnictwa w Mielcu. Niestety tego nie zrobiono. Pisałem i przypominałem organizatorom wcześniej, aby nie zmarnowali okazji dla uczczenia 100-lecia lotnictwa w Mielcu łącznie ze 100-leciem Niepodległości Polski. Jedynie co zrobił prezes TMZM Janusz Chojecki, to z mównicy na VIII Spotkaniu Pokoleń ogłosił, że zostanie rozważona moja propozycja.
Jestem starym Mielczaninem, ale nie mieszkam w Mielcu. Przyjechałem z Wrocławia na uroczystość 100-lecia Niepodległości Polski z nadzieją, że uświetnione zostanie 100-cie lotnictwa wspomnieniem o Braciach Działowskich. Niestety nie zrobiono tego. Ten sam Janusz Chojecki otwierając w mowie powitalnej uroczystość 11 listopada w Sali Królewskiej, ani słowem nie wyraził czci dla Działowskich, a tym samym 100-lecia mieleckiego lotnictwa.
Historia lotniczego Mielca jest taka piękna, wzruszająca i aż chwytająca za serce. Zaczyna się 11 listopada 1918 roku, kiedy przyjeżdża z Wiednia do rodzinnego Mielca młody Stanisław Działowski i oznajmia na łożu śmierci swemu ojcu Walentemu Działowskiemu, że jest wolna Polska. Walenty, inwalida z powstania 1863 roku, umiera ze słowami na ustach. To teraz synu mogę umrzeć. Data jego śmierci 11.11.1918 jest zawarta na pomniku cmentarza przy ulicy Sienkiewicza. Natychmiast młody Działowski wstępuje w Krakowie do tworzącego się batalionu lotniczego wchodzącego w skład II Pułku i tak zaczyna się opisana na wstępie działalność lotnicza Braci Działowskich.
To nie są żadne bzdury. Działalność Braci Działowskich od szybowca „Bydgoszczanka” do wielu konstrukcji awionetek DKD została opisana w wielu publikacjach. W księdze konstrukcji lotniczych Andrzeja Glassa znajdziemy rysunki awionetek DKD. O Działowskich rozpisywała się przed wojną prasa lotnicza „Młody Lotnik”, „Ku czci poległych lotników” i wiele innych publikacji. W książkach „M jak Mielec” „Bracia Działowscy” i mojej „100 lat przygody Mielca z lotnictwem” a także w „Encyklopedii Miasta Mielca” i innych znajdziemy wiele potwierdzeń, że Bracia Działowscy byli wielkimi ludźmi zasłużonymi dla Mielca.
Fakt, że nie czciliśmy rocznicy 100 lat lotniczego Mielca jest okradaniem mieleckiego społeczeństwa z historii i jest przestępstwem za które organizatorzy ubiegłorocznych obchodów powinni ponieść odpowiedzialność. Kiedy przypominałem organizatorom przed obchodami o uczczenie Braci Działowskich potraktowany zostałem mówiąc delikatnie bardzo nie ładnie. Podobnie odniósł się do mnie dyrektor Muzeum Oborskich Jerzy Skrzypczak. Poczuli się niemal obrażeni, że zwracam im uwagę. Jestem prostym człowiekiem i nie domagam się wiele, ale zwykła przyzwoitość obowiązuje każdego.
Ciśnie mi się na usta wiele pytań. A mianowicie, gdzie są Władze Miasta, które będąc współorganizatorem obchodów 100-lecia obchodów odzyskania niepodległości także przegapiły ten fakt. Dlaczego nie zareagował Aeroklub Mielecki, który ma w nazwie Braci Działowskich? Czy lotnictwo tak bardzo przejadło się Mielcowi, że stara się o nim zapomnieć?
Ginie przepiękna lotnicza historia Mielca. Zginęły lotnicze pamiątki z SCK Mielca. Zlikwidowano modelarnię prowadzoną przez rozkochanego w lotnictwie pilota doświadczalnego Zygmunta Osaka. Piękne modele samolotów budowane pod okiem znanego mi pilota poszły niemal na złom. Pozbawiono młodzież kontaktu z lotniczym fachem. Nie ujrzała światła dziennego Kronika Pilotów Doświadczalnych stworzona przez legendę mieleckiego lotnictwa Tadeusza Gołębiewskiego. Znam historię owej Kroniki, która po śmierci jej autora z bólem dotarła do Mielca. Znajduje się w posiadaniu Aeroklubu Mieleckiego Braci Działowskich. Gołębiewski zawarł w kronice tak piękną historię pilotów doświadczalnych nie tylko Mielca, ale wszystkich kręgów lotniczych Polski, że aż się prosi, aby udostępnić publicznie zawarte w niej dokumenty i lotniczą historię. Jestem członkiem sekcji historycznej owego Aeroklubu i opublikowałem na swoim blogu szereg zdjęć kroniki. Zaangażowałem się w działania, aby jak najszybciej stworzyć kopię elektroniczną i upublicznić ją w Internecie. To co się stało zakrawa na farsę, bo prezes Aeroklubu zakazał udostępniania mi kroniki w celu skanowania. Powód - obraził się na mnie.
Wierzyć się nie chce jakie głupie argumenty tłumią ludzką inicjatywę. Czy Władza Miasta nie powinna wziąć się ostro, za wszystkie podobne negatywne działania niszczące lotniczą historię Mielca? Dlaczego nie docenia się, że tak piękna historia promuje miasto. Taką lotniczą historią powinno się miasto i jej mieszkańcy szczycić. Powinno się ją rozgłaszać i nieść daleko w świat, bo jest w swej prostocie piękna i pouczająca. Kiedy opowiadam ową historię w środowiskach Wrocławia i piszę o niej publikując w Internecie dostaję wiele pozytywnych komentarzy.
Oczekuję odpowiedzi i sądzę, że wielu Mielczan także jej oczekuje. A mianowicie, jaka była decyzja, że nie czczono 100-lecia lotnictwa w Mielcu wraz ze 100-leciem Niepodległości Polski? Taka odpowiedź powinna paść na zbliżającym się IX Spotkaniu Lotniczych Pokoleń.
Przecież taka piękna historia promuje rozwijający się Mielec i aż się prosi, aby ją rozgłaszać obchodząc rocznicę.
Jeśli życzymy sobie  przejrzeć wybrane przeze mnie historyczne dokumenty Braci Działowskich, to kliknijmy poniżej na link. 

https://drive.google.com/drive/folders/1t-FFJCQ_bKnVn_Hm9dRzal-16J524TT1?usp=sharing
Teofil Lenartowicz
Mielec, dnia 12 sierpnia 2019
       

poniedziałek, 29 lipca 2019

Magazyn ELITY


Magazyn ELITY

Pragnę powiadomić wszystkich zainteresowanych lotnictwem, o istnieniu bogato ilustrowanego magazynu pt. ELITY. Jest to kwartalnik o tematyce społeczno politycznej, o ponad 100 stronicowej objętości, w której występuje lotniczy dodatek. Powiadamiam o tym dlatego, bo w czerwcowym magazynie ukazał się napisany przeze mnie lotniczy temat pt. „Fakty i kontrowersje na temat samolotu Iryda” Temat ów jest bogato ilustrowany i zajmuje około 30 stron magazynu ELITY. Cena tylko 9,90 zł. Pozostałe tematy magazynu ELITY są także bardzo interesujące.

W temacie samolotu Iryda opieram się na publikacjach i wypowiedziach znawców lotniczej historii. Pozbierałem to co sam pamiętam z wieloletniej pracy w Mielcu na lotniczym sprzęcie  i połączyłem w jeden temat. Warto zapoznać się z opiniami konstruktorów, pilotów doświadczalnych i wojskowych latających na Irydach. Cytuję tam wiele znakomitości lotniczych nie tylko z Mielca, gdzie powstawała Iryda. Pozbierałem tematy z prasy przytaczając fakty niszczenia przemysłu lotniczego, co dotyczy także samolotu AN-28 na licencji którego powstał później samolot Skytruck i Bryza. Wypowiedzi dr hab. Włodzimierza Adamskiego, pilota doświadczalnego Henryka Bronowickiego i wielu innych są znaczące. 
Istniały dwie wersje dlaczego zaprzestano produkcję Irydy. Oficjalna nie była zbyt przekonywująca. Warto przypomnieć sobie w jaki sposób pozbawiono życia kurę mogącą znosić dla Polski złote jaja.   

Rzecz jest w tym, że magazyn ELITY można nabyć jedynie w EMPIK-ach. W Mielcu można nabyć magazyn ELITY w EMPIK-u na Smoczce, gdyż tylko tam jest jedyny w Mielcu EMPIK. Sprezentowałem swój egzemplarz magazynu ELIT szefowi byłych pilotów doświadczalnych Mielca Tadeuszowi Pakule. Jego opinia jest pozytywna.

Natomiast ja chodzę sobie po zakątkach Mielca i podziwiam swoje ukochane miasto, z którym jestem od dzieciństwa związany uczuciowo, z lotnictwem, wieloma przeżyciami i z genealogią w tle.

Teofil Lenartowicz
Mielec 29 lipca 2019

wtorek, 4 czerwca 2019

Moje poczucie wolności


Moje poczucie wolności
Ponieważ jestem z grupy tak odległej wiekowo, że nawet 80-latkowie nie przeżywali podobnych doświadczeń, pragnę podzielić się własnym życiowym przykładem. Korzystam w tym wypadku z rocznicy Święta Wolności, które z okazji 30-lecia kontraktowych wyborów 4 czerwca 2019 obchodzimy.
W czasach kiedy wolność kojarzy się większości społeczeństwa z jakimś enigmatycznym pojęciem, trudno jest wymagać właściwego zrozumienia tej kwestii. Nie sądzę, aby mi się udało rozświetlić owe zagadnienie, ale jeśli przytoczę własny przykład, a ktoś dołączy doń swoje przemyślenia, to może wnioski nasuną się same.
Będąc dzieckiem też nie rozumiałem zagadnienia wolności i co się z tym łączy. Szybko jednak zrozumiałem, że z utratą wolności łączy się strach. Kiedy rozpoczęła się II Wojna Światowa miałem 11 lat, doświadczenia życia w mieście i na wsi, wpojony patriotyzm, wiarę w Boga i zakaz kłamstwa. Od tej pory z utratą wolności towarzyszył mi ciągły strach. Ciągnął się do pełnoletniości i wiele lat po nim.
Postaram się pokrótce przedstawić wydarzenia towarzyszące zjawisku strach. Widok uciekającego tłumu przed napaścią hitlerowskich Niemiec był pierwszym sygnałem strachu.  Następne wydarzenia to pożar rodzinnego domu, uwięzienie przez Gestapo ojca, zamordowanie przez hitlerowców ojca, przeżyty front działań wojennych, ciągłe krycie się przed łapankami do Niemiec łącznie z ucieczką z transportu i cały czas obawy o własne życie i swoich bliskich. Widok mordowanych Żydów. Ciężka praca na rzecz okupanta.
Zbiórka Żydów na mieleckim rynku przed wywózką na miejsce likwidacji w 1942 roku

Jak wyżej

Mielecki rynek

Mielec w czasie okupacji niemieckiej

Mielecka ulica w czasie okupacji niemieckiej

Żołnierze Wermachtu na dworcu kolejowym w Mielcu



Rodzice otrzymywali za mnie jedynie 50 zł za nędzne ciuchy będące na mnie.

Strach nie znikł nawet po tzw. wyzwoleniu. Był to widok broniącej się siostry przed gwałtem sowieckich oficerów i półroczne życie w strefie przyfrontowej na karku z rabującymi czerwonoarmistami. Są to przeżycia z lat dziecięcych, a skutkiem powyższego było półsieroctwo, brak podstawowych wiadomości szkolnych i ciężka praca tylko z mamą na rzecz własnego bytu. Uzupełnienie wykształcenia istniało we mnie tylko w sferze marzeń, albowiem nie miałem pomocy rodzicielskiej jak wielu moich rówieśników.
Kiedy po osiągnięciu pełnoletniości otrzymałem pracę listonosza, myślałem że złapałem Pana Boga za nogi i znów był strach, że ją utracę słysząc o zwalnianiu nie należących do partii. Nieco uspokoiłem się, kiedy zagadnięty o to sekretarz partii zapisał mnie na karteczce. W sferze tych licznych nieszczęść była chyba Opatrzność Boska dzięki której dostałem się do szkoły, ukończyłem maturę i zdobyłem zawód technika telekomunikacji. Nawet wówczas nie miałem świadomości, że istnieje jakaś wolność i prawa stojące na straży takich jak ja. Były to czasy, kiedy dekretem zmuszano do pracy, a niepracujący traktowani byli jak przestępcy. Skierowany nakazem pracy do MBP w wyuczonym zawodzie, nie zdawałem sobie sprawy, że chwilowo łaskawy los pakuje mnie w następne niebezpieczeństwa. Wplątany w tajemnice łączności najwyższych władz państwowych stałem się niewolnikiem systemu komunistycznego. Od tej pory nie wolno mi było bez zgody nic. Musiałem się pozbyć przyjaciół. Przestępstwem stał się patriotyzm, wiara i przyjacielska życzliwość. Aby ograniczyć mi kontakty nie otrzymałem zgody na zaoczne studia wyższe. Wykonywanie zawodowych obowiązków obarczone było zawsze strachem o własne bezpieczeństwo. Podejrzliwość o podsłuchy rozmów i ciągłe wbijanie w mózgi komunistycznych treści o wyższości ustroju napełniało obrzydzeniem. Świadomość, że każda czynność może stać się przestępstwem dopełniało reszty. Powiem krótko, żyłem w świadomości, że jedyne wyjście stamtąd istnieje przez kazamaty więzienia na Rakowieckiej.
 Znienawidziłem cały ten system zbudowany na strachu, podejrzliwości i nienawiści do wyznawanych ogólnie wartości. A jednak dzięki własnemu instynktowi samozachowawczemu i Opatrzności wydostałem się stamtąd. Byłem szczęśliwy kiedy podjąłem pracę w przemyśle lotniczym w Mielcu. Więcej zarabiałem i zniknął strach ciągłego zagrożenia. Nawet nie zdawałem sobie  sprawy, że można żyć bez ciągłego wbijania w mózgi komunistycznych treści. Byłem zdziwiony, brakiem codziennych prasówek, a na zebraniach przeważał temat produkcji. Nie była to jednak wolność znana obecnie. Dalej istniał strach przed wypowiadaniem własnych myśli. Zamykano okna drzwi, gdy mówiono o polityce, lub słuchano zakazanego przez władzę radia.
Czym jest wolność człowieka zaczynałem rozumieć podczas pobytów w krajach trzeciego świata i w Związku Radzieckim. W krajach trzeciego świata strach istniał przed głodem, a wolność istniała tylko by umrzeć. W Związku Radziecki bano się wszystkiego, nawet wyjazdu bez zezwolenia do innego miasta czy wsi.
Kiedy nasz kraj stanął w ruinie i wypuszczono z więzień ludzi walczących z tyranią, My-Naród opowiedzieliśmy się, zdecydowanie po stronie Wolności. Przywrócono zasady stosowania Konstytucji i Trójwładzę w rządzeniu Państwem. Dopiero wówczas mając ponad 60 lat poczułem się człowiekiem wolnym.
Kilka lat temu usłyszałem hasło „Polska dla Polaków” i znów zadrżała na mnie skóra ze strachu. Przypomniało mi się to hasło, usłyszane przed wojną na ulicy w Katowicach, kiedy byłem dzieckiem. Następował po nim okrzyk „Zabij Żyda” Nie rozumiałem wówczas sensu owego hasła. Pojąłem go dopiero, widząc prowadzonych na śmierć Żydów. Jak głęboko musiało to zapaść, aby zadrżeć na myśl powrotu takich czasów?
Dzisiaj wiem, że nie stosowanie zasad konstytucji, podporządkowanie sądownictwa, prokuratury i samorządów terytorialnych politykom, służą do ograniczania wolności. Jest to jak stąpanie po linie nad przepaścią.
Zadaję pytanie. Dlaczego aby to wiedzieć, trzeba mieć moje doświadczenia życiowe i ponad 90 lat na karku? Czyż nie powinni się bać owego zjawiska ludzie wchodzący obecnie w życie?
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 4 czerwca 2019