sobota, 30 listopada 2019

Niezwykłości ZIemi Mieleckiej


Niezwykłość „Ziemi Mieleckiej”
W temacie o powyższej nazwie pragnę wykazać jakie znaczenie ma dla obecnych pokoleń owa Niezwykłość. Dotyczy ona w szczególności miasta Mielca, jednak skutkuje na całość Ziemi Mieleckiej, rozlewając się po ziemie sąsiednie.
Nie chciałbym wchodzić w konflikt z historykami, których poglądy mogą być inne niż moje. Uważam, że brak jest Mielcowi rzetelnej wiedzy historycznej na temat wydarzeń minionego 100-lecia, co traktuję jako zarzut pod ich adresem. Jestem świadkiem wydarzeń na Ziemi Mieleckiej od lat 30-tych minionego wieku, a zapoznawszy się szerzej z jej historią nie mogę zgodzić się jak wiele historycznych wydarzeń zostaje przemilczane, lub przedstawiane nierzetelnie. Uważam, że na arenę historyczną Mielca weszli pseudoteoretycy wykorzystujący powszechną niewiedzę do własnych, często nierzetelnych poglądów. Powszechnym stało się, że nie spotyka się to z odporem tych, którzy powinni podjąć walkę z tego typu tendencją.
Nie chciałbym aby zarzucano mi przesadność w ocenie niezwykłości „Ziemi Mieleckiej” Prawdą jest, że jestem zakochany w niej, gdyż jest ona moją Małą Ojczyzną. Tutaj spędziłem swoją młodość, a resztę życia dopełniłem w mieleckim lotnictwie. Moi przodkowie żyli tu co najmniej od XVIII wieku, a ich ślady do dzisiaj widoczne są w Mielcu i Przecławiu. W Ziemię Mielecką wsiąkła krew mojego Ojca zamordowanego przez Niemców w Przecławiu, a jego bracia także walczyli i ginęli za wolność Ojczyzny.
Pomimo powyższego staram się realnie oceniać niezwykłość Ziemi Mieleckiej nie patrząc nań przez pryzmat miłości.
Na początek sięgnę do opisanej w Notatniku Krakowskim pewnej historii rodem z Ziemi Mieleckiej. Autor publikacji historyk dr Franciszek Klein żyjący w latach 1882-1965 w jednym z rozdziałów pt. Zamek w Przecławiu przedstawił piękno Ziemi Mieleckiej z sugestią pochodzenia nazwy miasta Mielca od czasownika mielić. Przedstawił jak widziano Galicję pod zaborem austriackim z pozycji Wiednia i w humorystyczny sposób opisał wydarzenia w przecławskim zamku. Popieram trafność jego sugestii, co do nazwy Mielca, gdzie na równinach Ziemi Mieleckiej stało rozsianych mnóstwo młynów. Jeden z takich młynów zbudowany w XIX wieku przez mojego przodka Antoniego Lenartowicza stoi po dziś dzień na posesji Marka Pyrzyńskiego na ulicy Sienkiewicza 79A w Mielcu. 
Przed młynem zbudowanym przez Antoniego Lenartowicza w XIX wieku stoi z prawej autor tekstu Teofil Lenartowicz. Na młynie nie ma śmigła, gdyż został przebudowany na młyn elektryczny, dobudowując prawą część młyna. W pierwotnej wersji kopuła młyna ze śmigłem za pomocą stalowych lin mogła być przestawiana w kierunku wiatru.

Ten stary młyn ma wspaniałą historię. Szkoda, że rzeczy martwe nie potrafią mówić

Podobny młyn typu holenderskiego zbudował jego syn Piotr Lenartowicz w Przecławiu. Spalili go podczas I Wojny Światowej austriaccy żołdacy, kiedy mielił w nim zboże mój Ojciec. Dr Klein w Notatniku Krakowskim pisze w większości o dawnym Krakowie. Jednak poznał też Ziemię Mielecką, o czym wspomina że miał pisać jej biografię, jednak przeszkodził wybuch I Wojny Światowej. Jaka szkoda.
 Poniżej z Notatnika Krakowskiego autorstwa dr Franciszka Kleina zacytuję w całości rozdział pt. Zamek w Przecławiu, albowiem przedstawi nam tamte dawne czasy, zachowując starą  pisownię.
A jeśli ktoś pozostając w zadumie przeniesie się do przeszłości, to usłyszy  dźwięk odległego pomruku historii.
Zamek w Przecławiu
 Na parę lat przed I wojną Światową urządziłem kilka wy­cieczek w różne strony Polski dla studiów nad archi­tekturą kościołów murowanych i drewnianych. Między innymi objechałem także ziemię mielecką. Zwiedziłem wówczas wszystkie dwory szlacheckie, zamki magnac­kie, kościoły i kościółki, kapliczki przydrożne i boż­nice. Było wtedy zamierzone wydanie dużej „Mono­grafii Ziemi Mieleckiej", w której osobny rozdział miał być poświęcony sztuce i właśnie opracowanie tego działu mnie powierzono. Niestety, do wydania dzieła nie przyszło wskutek wybuchu I wojny światowej, a po wojnie brakło funduszów na tego rodzaju przedsięwzięcia.
Z prawdziwą przyjemnością powracam nieraz myślą w tamte strony, gdzie na rozległych, jak stół rów­nych nizinach rozłożyły się żyzne pola i łąki, gęsto usiane wiatrakami, od których poniekąd wziął nazwę Mielec. Wśród wielu dworów i dworków, pałaców i zamków, które rozsiadły się na równinie mieleckiej, szczególne moje zainteresowanie wzbudził zamek w Przecławiu. Kiedym go zwiedzał, zamek przecławski przedstawiał się jako okazała rezydencja wielkopańska, pełna starych obrazów, mebli, makat, dywanów i broni. Pamiętam — co chwila zatrzymywał mnie jakiś szczegół, nad którym zatapiałem się pełen za­chwytu. A można się było niejednym tam zachwycać. Zamek sprawiał tym dziwniejsze wrażenie, że pa­nował w nim jakby jakiś szczególny rozgardiasz. Zda­wać się mogło w pierwszej chwili, że tą wspaniałą rezydencją nikt się nie zajmuje. Istotnie, właściciele przenieśli się do swej drugiej siedziby w Tarnopolskim, mieszkając tam już od wielu lat.
Zamku przecławskiego strzegł jeden ze służących, który się tam od małego dziecka wychował i ze szcze­gólniejszą pasją czyścił i odkurzał sale zamkowe. Dla­tego czystość i porządek były wzorowe. Ale widziałem tam obok przedmiotów naprawdę cennych, rzeczy całkiem bezwartościowe, nie licujące z wyglądem i charakterem tych starych murów. W olbrzymiej herbowej sali pierwszego piętra, obok kosztownych ażurowych mebli indyjskich z żelaznego drzewa, któ­rych by się nie powstydził najbogatszy maharadża z Nepalu — widziałeś na ścianie nędzną, tanią imitację gobelinu. Obok pysznych szaf gdańskich — wiklinowe krzesełka, odpowiednie do ogrodu. Obok prawdziwych średniowiecznych mieczów, hełmów i nad podziw cen­nych karabeli polskich z XVII wieku, stał marny fal­syfikat zbroi rycerskiej. I tak było na każdym kroku. Pamiętam salę jadalną, o poważnych, ciężkich meblach z czarnego dębu. Miała ona dziwnie uroczysty, a na­wet majestatyczny wygląd. Gdyś siedział w tej sali przy stole, zdawało się, że tu już cię nie spotka żadna niespodzianka. A tymczasem... coś zaszeleściło i zegar głębokim tonem począł bić wolno godzinę. Mimo woli podniosłem oczy i zobaczyłem nowe, obrzydliwe pudło, o formach renesansowych, kupione gdzieś w trzecio­rzędnym sklepie zegarów. Zwykłym serwisem na co dzień była prawdziwa, stara saska porcelana, z niebieskim deseniem. Gdy, zdziwiony, zapytałem służą­cego, czemu się jej używa, ten, widocznie mnie nie rozumiejąc, odpowiedział, że „pan hrabia zakazał po­dawać inne talerze" i że „kredens jest zamknięty". Widziałem potem w małym pokoju (kredensie) ten saski serwis obrócony na co dzień. Mimo że osobna komoda pełna była potłuczonej porcelany, właśnie z tego serwisu naliczyłem jeszcze samych talerzy przeszło dwieście sztuk.
Były pierwsze dni marca. Zmierzchało, gdym za­jechał na zamek w Przecławiu. Czereda kilkunastu psów rzuciła się na mnie z głośnym ujadaniem. Przyjął mnie zarządca dóbr i przy zapadającym zmroku oprowadził mnie zaraz po całym zamku, abym się z nim przynajmniej z grubsza zapoznał, Potem oddał mnie w opiekę jedynemu służącemu i sam mnie zaraz pożegnał. Wincenty — bo tak na imię miał służący — był z zawodu kucharzem, a z zamiłowania myśliwym. Jako burgrabia zamku spał w nim i pilnował go jak oka w głowie. Mimo że był młodym, bo dopiero trzydziestoletnim człowiekiem, od wielu łat siedząc samotnie, w murach zamkowych, po­woli dziwaczał. Nie wiem dlaczego, ale od razu zdoby­łem jego sympatię. Być może za to, że pochwaliłem do­skonałą kolację. Dość na tym, że na drugi dzień, już przy śniadaniu, układaliśmy wspólnie menu obiadowe.
Otóż w zamku tym spędziłem niezapomnianą nigdy noc. Po raz pierwszy w życiu spotkałem się ze „stra­chami". Kto tego nie przechodził, kto się z tym nie zapoznał — pojęcia nawet mieć nie może jak strasz­nym jest uczucie lęku przed czymś nieznanym, nie­określonym, niesamowitym. Spałem w pokoju na drugim końcu zamku. Naraz wśród nocnej ciszy zbudził mnie jakiś hałas, krzyk, wycie, trzask, jęki, wołania. Nie mogłem pojąć z początku, co się dzieje. Te wrzaski nocne to cichły, to ustawały, to się wzmagały, zupeł­nie jakby się zbliżały do mnie. Zdawało się, że za chwilę rzuci się coś na mnie i zadusi. Tępy lęk owład­nął mną zupełnie. Chciałem się zerwać i uciekać, a ruszyć się z miejsca nie mogłem. Chciałem krzyczeć, a głos zamarł mi w gardle. Grozę położenia powiększa­ła jeszcze ta śmiertelna, grobowa cisza nocna, która w przerwach, gdy tamte wrzaski ustawały, aż w uszach dzwoniła. Na tle tej zimowej ciszy, w której się żaden najmniejszy nawet szelest nie odezwał, owe wrzaski piekielne występowały z tym większą mocą i grozą. Dopiero nad ranem, gdy dnieć zaczynało, uspokoiło się zupełnie — wtedy to, zmęczony i wyczerpany, zasnąłem twardo.
Przebudziło mnie pukanie do drzwi: to Wincenty
o          dziewiątej rano przyszedł mnie budzić. Zerwałem się i usiadłszy na łóżku opowiadam   mu o przejściach nocy. On z początku słuchał   z zajęciem, aż naraz wybuchnął  śmiechem...
— To nie strachy, panie, to pies, któregom przy­padkiem zamknął w piwnicy wieczorem. Musi to pan sam zobaczyć, bo to się nie da powiedzieć.
Oczywiście, po śniadaniu udałem się z Wincentym do piwnic zamkowych i tu zaraz wyjaśniła się przy­czyna strachów. Otóż pod całym zamkiem były tylko dwie kolosalne piwnice, nakryte olbrzymim beczko­wym sklepieniem, które zaczynało się od samego spodu, czyli poziomu piwnicy. Wskutek tego pano­wała tu nieprawdopodobna akustyka, a raczej pogłos, trwający kilkanaście sekund. Każde słowo, wypowie­dziane nawet niezbyt głośno, brzmiało i huczało, jak w gigantycznym głośniku. Za pierwszą piwnicą była druga, taka sama, połączona wąskim przejściem. Do niej następnie wpadał głos i znowu ta sama scena powtarzała się automatycznie. Za tą piwnicą znajdo­wał się mój pokój, do którego przez kilkumetrową grubość murów dochodziły te głosy — zupełnie zmie­nione. Młody, ogromny pies dostał się za służącym wieczorem do piwnicy. Przez parę godzin polował za szczurami, których tam była masa. A potem, gdy mu się ,to znudziło, zaczął wyć, szczekać i szarpać drzwiami. Orgia wrzasków, jaka z tego powstała, wskutek akus­tyki piwnic, nie da się słowami wyrazić i na każdym, nie znającym przyczyny, musiałoby to wywołać wraże­nie najsilniejszej emocji i uczucia nieopisanego stra­chu.
Tego dnia wieczorem byłem na proszonej kolacji u miejscowego proboszcza, księdza Mleczki. Był to niezmiernie zajmujący człowiek, a wieczór u niego spędzony zaliczam do najmilszych. Sam pochodząc z ludu, zajmował się folklorem i jako bystry obser­wator doszedł do ciekawych spostrzeżeń. Od niego dowiedziałem się, jaka różnica zachodzi między ży­ciem wsi dzisiejszej a dawniejszej.
— Teraz — mówił — to cała wieś śpi albo milczy. Za moich lat młodości rozbrzmiewała śpiewem. Nie było na wsi zajęcia czy pracy, którym by nie towa­rzyszyły tradycyjne pieśni i piosenki, tak w zagro­dzie, jak i na polu. I praca wtedy biegła ochoczo, a czas ludziom się nie dłużył. Prócz tego była masa obrzędów i zwyczajów, dziś już zarzuconych. Dawniej życie ludu na wsi nie było tak jednostajne, jak obec­nie. Było mnóstwo zabaw zwyczajowych, w których brali udział i młodzi, i starzy. Wieś żyła wtedy swym odrębnym, unormowanym ściśle porami roku życiem, któremu zawsze przewodził kościół, a patronował bar­dzo często dwór. Tak gwarząc przy winie, zeszliśmy mimo woli w roz­mowie na zamek przecławski. Dowiedziałem się wtedy od ks. Mleczki tak ciekawych szczegółów z przeszłości zamku, że muszę je tutaj opowiedzieć. Było to około 1850 roku po czasach rabacji. Znowu powrócił spo­kój i życie na wsi biegło nadał swym odwiecznym torem. Na zamek w Przecławiu zawitał gość z da­lekich stron — „pan Kreiskomisar" przysłany prosto z Wiednia. Niechętnie jechał do Galicji, zwłaszcza po rewolucji chłopskiej. Wszyscy znajomi mu odradzali — sam to mówił. Ostrzegali go, żeby się miał na bacz­ności, bo Galicja, to prawdziwy „Barenland", gdzie niedźwiedzie chodzą po ulicy. Więc dobrowolnie na pewno nie jechał. Po kilku dniach jazdy pocztowym dyliżansem dostał się wreszcie do Przecławia. Tu go spotkała na wstępie niespodzianka, gdyż zamiast nie­dźwiedzi, zastał uprzejmych gospodarzy, którzy go przyjęli z tradycyjną gościnnością. Poczciwy Austriak przekonał się szybko, jak mylne pojęcia o Galicji panowały wówczas w Wiedniu. A gdy odpowiednio nakarmiony i wybornym, stuletnim tokajem lekko odurzony, po trudach dalekiej podróży zapragnął spocząć, odprowadzono go do gościnnego pokoju, gdzie niebawem w wygodnym łożu zasnął mocno. Wtem, wśród głębokiej nocy, zbudziło go gwałtowne szarpnię­cie drzwiami i naraz, wśród nieopisanego przestrachu, zobaczył przy słabym świetle nocnego kaganka olbrzy­miego niedźwiedzia, który zmierzał do niego. Z prze­rażenia zemdlał, a gdy następnie wrócił do przytom­ności, poczuł, że go niedźwiedź przyciska mocno do ściany. W tej pozycji, na pół żywy ze strachu, przeleżał do rana. Naraz drzwi skrzypnęły, ktoś wszedł do poko­ju i wypędził niedźwiedzia.
Cała  ta  przygoda zakończyła  się wesoło. W zamku był chowany oswojony niedźwiedź, który sypiał zwykle w łóżku z marszałkiem zamku, i właśnie ten pokój, który przygotowano dla „pana Kreiskomisara" był mieszkaniem marszałka, a niedźwiedź, nic nie wie­dząc widocznie o zaszłej zmianie, przyszedł na noc, jak zwykle, do swego przyjaciela.
W zamku chowano również oswojoną wilczycę, i mię­dzy tymi dwoma zwierzętami była wielka przyjaźń, A niedźwiedź lubił złośliwe figle. Często łapał wil­czycę i zanurzał ją kilkakrotnie w fosie zamkowej. Raz, gdy w czasie takiej kąpieli przytrzymał ją za długo pod wodą, biedne zwierzę się udusiło. Zmartwio­ny nosił przez kilka dni nieżywą pod pachą, aż mu ją przemocą odebrano. Innym razem, widząc, jak sypią ziarno kurom, nabrał piasku za pazuchę i zaczął sypać, a gdy się kury zbiegły, rzucał się wtedy na nie i dusił po kilka. O tym niedźwiedziu-psotniku na­słuchałem się jeszcze dużo anegdot. Zdaje się, że wówczas każdy pałac, czy zamek magnacki, obfito­wał w tego rodzaju czworonożnych rezydentów.
Północ dochodziła, gdym pożegnał miłego probosz­cza. Na zamek dostałem się niebawem. Główna brama była otwarta, jakby czekała na mój powrót. W hallu zamkowym paliły się w dużym srebrnym kandelabrze cztery świece. Z światłem w ręku przeszedłem przez sale do mojego pokoju. Zamek był jakby martwy, bez żywego ducha, gdyż nawet liczna czereda psów zamkowych przeniosła się razem z Wincentym obok do oficyny. Przyznam się, że z dużą ulgą zamknąłem ciężkie drzwi ostatniej komnaty-zbrojowni. Za nimi byłem już w swoim mieszkaniu.
W niedużym pokoju czułem się jakoś pewniej. To stare zamczysko z wielkimi salami i surowymi komna­tami miało w sobie coś tajemniczego, a nawet groźnego. Świadomość ostatniej, strasznej nocy — mimo że się wszystko wyjaśniło — robiła także swoje. Przy moim pokoju znajdował się korytarz, cały wypełniony książkami. Ze świecą w ręku przeglądałem tytuły książek, chcąc sobie coś wybrać do poduszki. Tej nocy pewnie dobrze się wyśpię — myślałem sobie właśnie, gdy wtem rozległ się gdzieś w dalszej sali ogłuszający huk, jakby wybuch petardy, a równocześ­nie brzęk tłuczonego szkła. Zdrętwiałem.
Przez długą chwilę stałem jak skamieniały. Znowu cisza zaległa mury zamkowe, najmniejszy szelest nie doszedł do mnie. Po pewnym czasie podszedłem i otwarłem drzwi do zbrojowni, ale tu wszystko było bez zmiany. Na ścianach wisiało, jak przedtem, mnóst­wo broni rycerskiej. Niewiele myśląc zabrałem stąd do mego pokoju dwie stare karabele i dwie ułańskie lance z ostrymi grotami. Zabarykadowałem u siebie drzwi, a broń ułożyłem koło łóżka. Zmęczony zasnąłem snem kamiennym, z którego wyrwało mnie rano głośne dobijanie się Wincentego do drzwi.
Opowiedziałem mu, com w nocy znowu przeszedł. Pobiegł zobaczyć, co się stało, ale po chwili wrócił, mówiąc, że wszystko jest jak było, na włos nie poru­szone. Po śniadaniu razem z nim obchodziłem sale krok za krokiem, badając przyczynę nocnego huku czy wybuchu — na próżno. Nie można było ani rusz dojść, jaki bies spłatał figla.
Ale następnego dnia te strachy również się wyjaś­niły — dzięki przypadkowi. W salach zamkowych porobiłem kilka zdjęć fotograficznych. W dużym sa­lonie na parterze stała w kącie ogromna, rzeźbiona komoda holenderska z XVII w. Na niej ustawionych było dwanaście wielkich wazonów z porcelany chiń­skiej. Każdy wazon miał osobną, rzeźbioną przykrywę. Wszystko razem — komoda z porcelaną na tle ja­kiegoś starego obrazu, wiszącego na ścianie — two­rzyło przedziwną symfonię wspaniałych okazów daw­nej sztuki. Po wykonaniu zdjęcia całości chciałem sfotografować samą komodę i zestawiłem ostrożnie wazony na podłogę; wtedy, przy nastawianiu apa­ratu, wyjaśniła się zagadka huku poprzedniej nocy. Jak wspomniałem, tuż nad komodą wisiał ogromny, poczerniały obraz, będący starą kopią Nocnej straży Rembrandta, w grubych dębowych ramach. Otóż sznur, na którym obraz wisiał, zetlał czy przetarł się od haka, obraz zsunął się po ścianie, całym ciężarem uderzył w komodę i grubą ramą stanął na niej pionowo. Przy uderzeniu wazony chińskie podskoczyły i zadźwię­czały swymi pokrywami.
W rzeczywistości wszystko, z wyjątkiem obrazu, pozostało na swych miejscach. Zmiany w położeniu obrazu nie widziało się właściwie, bo czy na ciemno­czerwonych ścianach salonu poczerniały obraz w czar­nych ramach, zastawiony wazonami, wisiał na dzie­sięć centymetrów nad komodą, czy też wprost stał na niej — bardzo trudno było zauważyć.
Oto, jak czasem z błahych zupełnie powodów po­wstają legendy o strachach. Ale chociaż się tu wszyst­ko szczęśliwie wyjaśniło, nie chciałbym podobnych nocy jeszcze raz przepędzić w starym zamku. Te sta­re mury, które przez tyle wieków niejedno widziały i niejedno przeżyły, będą zawsze siedzibą „duchów". Bo i któż mi zaręczy, że to, com przeszedł na zamku w Przecławiu, nie było właśnie sprawką duchów, posługujących się raz psem, a raz obrazem...? Koniec cytatu
Chciałbym nie znudzić czytających zbyt długim tekstem, więc kończę ów temat. Mam natomiast zamiar zamieszczać dalsze Niezwykłości Ziemi Mieleckiej w następnych postach. Będą to  mało znane, nieznane, lub zapomniane niezwykłości Ziemi Mieleckiej, których w czasie wieloletniego życia poznałem sporo.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 30 listopada 2019

3 komentarze:

  1. Pan Teofil !Szanowny Panie ! Artykuł bardzo ciekawy. Moja uwaga. Nie było i nie ma"Ziemi Mieleckiej". Uźycie określenia w cudzysłowaie podkreśla, ze to nazwa własna. A tak nie jest. Może być ziemia mielecka. Dla mnie osobiście, termin "ziemia" oznacza jedostkę administracyjną Krółestwa Polskiego. Jakie były "ziemie"-patrz: kronika Jana Długosza. Pozostaj z szacunkiem.
    .

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydaje mi się, że nie ma pan racji, gdyż była i jest Ziemia Mielecka, podobnie jak istnieje Towarzystwo Miłośników Ziemi Mieleckiej, kiedyś było Towarzystwo Ziemi Przecławskiej, a to są nazwy własne. Niemniej jednak dziękuję za uwagę, gdyż każda prowadzi do bliższego zastanowienia się przed popełnieniem błędu

    OdpowiedzUsuń
  3. Istne " Wakacje z duchami" .Fajnie się to czyta. Lubilem Nienackiego.

    OdpowiedzUsuń