Lwowskie
lata
Lata w czasie których pracowałem w Serwisie
zakładu WSK PZL Mielec, były latami częstych wyjazdów służbowych do Lwowa. Było tak przed moją
pracą w Afryce, czyli Egipcie, Sudanie i Algierii, jak i po powrocie stamtąd.
Okres ten przypada na lata 1970-1983, kiedy po 40 latach pracy odszedłem na
emeryturę. Mogę śmiało powiedzieć, że w tym czasie około 2 lata spędziłem we
Lwowie. Były to 2 miesięczne wyjazdy do Lwowa, według ustalonego grafiku, gdzie
istniała grupa przekazująca stronie radzieckiej wyprodukowane w Mielcu samoloty
AN-2. Pisałem o tym na poprzednich kartach swojej opowieści.
Wspominałem tam o zwalczających się grupach
podczas przejmowania przez Wawrzyńca Tomczyka kierownictwa nad całością działu
Serwisu, w tym nad grupą lwowską. Wycofano wówczas po 8 latach kierownika grupy
lwowskiej Józefa C, a na jego miejsce poszedł Tenerowicz, a szefem
technicznym został Grinberg.
Wreszcie udało się znieść monopol na zmianę
kierownictwa i odtąd zmian dokonywano co 4 lata. Następnymi byli Tadeusz
Porębski i szef techniczny Kazimierz Mrówczyński.
Jeśli komuś wydaje się, że decyzje o
mianowaniu leżały w gestii kierownictwa resortu eksportu któremu Serwis
podlegał, to się myli. Decyzje zapadały w dyrekcji WSK i były głęboko
konsultowane z SB i zatwierdzane przez służby KGB we Lwowie.
Świadczą o tym pewne wydarzenia. Kiedy Józef C
został wycofany po 8-miu latach ze Lwowa, to zmuszono kierownictwo Serwisu do
stworzenia stałego kontaktu oprócz powietrznego, także lądowego między Mielcem
a Lwowem. Tajemnicą było, poco i w jakim celu się to stało. Był nim mechanik Stanisław K,
któremu kierownik Wawrzyniec Tomczyk musiał przekazać jeden z samochodów w celu
stałych wyjazdów do Lwowa. Tym samochodem S.K przekraczał granicę w Mościskach nawet
kilka razy tygodniowo i często bez decyzji kierownictwa Serwisu. Nie było
tajemnicą, że granica tak w jedną jak i drugą stronę była zawsze dla niego
otwarta, tak przez pograniczników jak i tamożników (służby celne) po obu
stronach granicy. Stały tam kilometrowe kolejki, a Stanisław K przejeżdżał obok
i przekraczał granicę. Był to po moście powietrznym stały most lądowy pomiędzy
Mielcem a Lwowem. Może kiedyś historycy wydobędą z archiwów SB do czego było
potrzebne ciągłe przekraczanie granicy samochodem Nysa z Mielca do Lwowa i z powrotem.
Mechanik kierowca stał się w tych wyjazdach decyzją dyrekcji WSK człowiekiem
tak niezastąpionym, że nie można było go podmienić. Można się jedynie domyślać,
gdzie leżało źródło owych decyzji i jakie służby o tym decydowały.
Uważam że historia lotnictwa dotycząca
mostu między Mielcem a Lwowem, nie jest powszechnie znana społeczeństwu, a
nawet nie jest znana społeczeństwu Mielca. Przeciętny Mielczanin widział na
niebie uformowane eskadry samolotów AN-2 lecące w kierunku wschodnim do Lwowa, ale
co się za tym kryło tego w szczegółach nie wiedział. Bywało, że kilkakroć
dziennie taki obrazek zobaczył. Kulisy tej historii tkwią głęboko w materiałach
Służb Bezpieczeństwa po stronie polskiej i jej odpowiedniku po stronie
sowieckiej. Dotyczyły one inwigilacji wszystkiego, co się działo na styku
przekazywania samolotów stronie radzieckiej. Wiadomo jak mocno granice Związku
Radzieckiego były strzeżone. Granica polsko sowiecka na całej długości była co
kilka dni na szerokości kilkunastu metrów świeżo bronowana, by można było
poznać na niej ślady przekroczenia. Chodziło nie tylko o przemyt artykułów,
lecz aby zapewnić nieprzenikanie przez granicę niebezpiecznych streści. Może
kiedyś ujawnione zostaną materiały SB dotyczące szczegółów owej współpracy, a historycy
w rzetelny sposób przedstawią je społeczeństwu. Mija 60 lat od początku owych
wydarzeń, które nie zostały zakończone w latach transformacji ustrojowej.
Uważny obserwator dostrzeże je po dziś dzień. Dzisiaj po 30 latach
transformacji ustrojowej wiadomo jak tworzono zręby mafijne przestępczości
gospodarczej. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Związek Radziecki nie
opuścił Polski bez utworzenia wcześniej mafijnych struktur. Tylko zaufani
ludzie znali dni, godziny i przejścia graniczne wolne na przejazd bez kontroli.
Taki proceder trwał na całej granicy Związku Radzieckiego z Polską w tym w
Mościskach, a ślady owego procederu znane są w Mielcu. Tak tworzono pierwsze
majątki struktur mafijnych. Ich ciężarówki z towarami masowo przekraczały
granicę zdobywając finanse. Dzisiaj są to znani potężni biznesmeni także w Mielcu.
Nie będę się jednak zajmował tą częścią, a
zajmę się częścią w której sam uczestniczyłem obecnością we Lwowie, od czasu
rozpoczęcia pracy w dziale Serwisu i opisanego na wcześniejszych kartach mojej
opowieści. Wiele tym czasie w moim życiu się wydarzyło, a mianowicie rozwiodłem
się i zmieniłem mieszkanie. Odbyłem roczną pracę jako agrolotnik w trzech
afrykańskich krajach. Wcześniej niepełny rok w Indonezji z samolotem Lim 5P, półroczną
pracę na Węgrzech i mnóstwo wyjazdów na reklamacje w kraju i za granicą. Jeśli
dodam do tego dzieciństwo, wydarzenia z lat wojny, śmierć ojca, ludzka bieda
widziana okiem listonosza, nauka i życie w powojennej stolicy i niewolniczą
pracę w łączności MBP, to jest to ogromny bagaż doświadczeń. Każde z owych
wydarzeń było doświadczeniem życiowym głęboko zapadającym w psychikę i dającym
szeroki pogląd na świat w różnych kulturach i systemach politycznych.
Analizując z perspektywy czasu swoje życie, odnoszę wrażenie że zbyt późno
dorastałem. Byłem od dziecka zakompleksiony i pozbawiony ambicji o swoje.
Przyjmowałem jedynie to, co przynosił mi los. Dopiero przyparty do muru
rozpoczynałem walkę z losem. Na szczęście nigdy jej nie przegrałem. Tak było w
walce o wydostanie się z pracy w MBP, nie dałem się zniszczyć w życiu prywatnym.
Życie chociaż zbyt późno, to jednak nauczyło mnie walki. Następne lata, to
ciągłe życiowe doświadczenia.
Poniżej
zajmę się tym co działo się we Lwowie podczas przyjmowania z Mielca i przekazywania
Sowietom produkowanych w Mielcu samolotów. Warto przy tym wspomnieć, że
wszystkie samoloty produkowane w Mielcu na rynek sowiecki podlegały lotom i
kontroli 21PW czyli wojskowej, niezależnie czy szły dla wojska, linii
lotniczych AEROFŁOT, czy rolnicze lub transportowe. Odwrotnie było na rynek
krajowy, gdzie odbiorom 21PW podlegały tylko samoloty dla wojska. Dla odbiorców
cywilnych samoloty nie podlegały odbiorom 21PW i lotom wojskowym.
Samoloty oblatane miały robione tzw. Gotowość
Techniczną GT, następnie pakowane w części zamienne i robioną Kartę na Przelot.
Przelot odbywał się eskadrą po 6 samolotów, gdzie jeden z nich tzw. lider
wracał z załogami z powrotem do Mielca.
Samoloty leciały wyznaczoną trasą do Lwowa, przekraczając granicę ZSRR w
określonym miejscu, gdzie z lornetą stał sowiecki pogranicznik. Sprawdzał on
numery lecących samolotów, przekazując ich potwierdzenie pogranicznikom we
Lwowie. Jeśli z jakiegoś powodu nie odczytał numeru któregoś samolotu wówczas
Lwów odmawiał przyjęcia i samoloty wracały do Mielca. Zdarzało się, że samoloty
z nad Lwowa wracały do Mielca, bo nie miały zgody na lądowanie. Po wylądowaniu
samoloty kołowały na stojankę, a mechanicy musieli
bardzo uważać, aby przed odprawą nie mieć kontaktu z samolotem lub załogą.
Byliśmy obserwowani przez lornetkę z wieży i pod tym względem łatwo było
podpaść. Samoloty po odprawie paszportowej i celnej były kotwiczone na
stojankach, zdejmowany był akumulator i samolot zostawał zamknięty i
zaplombowany.
Zmorą dla nas był fakt, że piloci nie chcieli
w tym samym dniu wracać, gdyż każdy z nich chciał coś załatwić, kupić, lub z
kimś się spotkać. Aby im się to udało przylatywali tak późno, aby już nie mogli
w tym samym dniu wrócić. Dla nas było to ogromnym utrudnieniem, gdyż musieliśmy
do późnego wieczora na lotnisku na nich czekać. Na krótkim dniu nie było to
zbyt uciążliwe, ale na długim dniu bardzo.
Baza we Lwowie znajdowała się od 1962 roku,
a pierwszym jej szefem był Józef C. Pomieszczeniem był barak po lewej
stronie pasa startowego lotniska komunikacyjnego na Skniłowie. Dopiero po około
10 latach baza przeniesiona została do nowo wybudowanego budynku w pobliżu
portu lotniczego. Był to piętrowy budynek zajmowany na parterze przez mechaników,
szefa technicznego i magazyn części, natomiast piętro zajmował szef grupy z
Mielca, Kalisza i kierownictwo strony sowieckiej.
Po prawej stronie pasa startowego istniała
sowiecka jednostka wojskowa korzystająca z owego pasa. Wyznaczoną mieliśmy
stojankę na dużej część lotniska od strony Skniłowa, gdzie bywało często
zakotwiczonych do 50-ciu samolotów An-2, czekających na odbiór przez stronę
radziecką. Tam mechanicy przekazywali je ekipom przybywającym ze wszystkich
stron Związku Radzieckiego. Na stojance wśród samolotów znajdowała się
niewielka budka, chroniąca mechaników przed deszczem i mrozem, w czasie
przekazywania samolotów, oczekiwania na przyloty i wykonywanie innych
koniecznych prac.
Do Lwowa pojechałem pierwszy raz
na początku 1971 roku. Myślę, że nie zaskarbiłem sobie zaufania u wszystkich członków
grupy lwowskiej. Działały pewne intrygi, nikt nikomu nie ufał. Służbom, które
miały nas pod opieką po obu stronach granicy było bardzo na rękę, jeśli
większość ludzi było skłóconych.
Początkowe niewiele Lwowa
widziałem. Siedzieliśmy do późna na lotnisku, a po pracy i zjedzeniu czegoś już
się nie chciało, bo na dojazd do centrum trzeba było stracić prawie godzinę.
Stopniowo jednak poznawałem Lwów. Gdy były wolne soboty lub niedziele, to
chodziłem i zwiedzałem. Pragnę tu nadmienić, że w tamtym czasie w ZSRR były już
wprowadzone wolne soboty, czego u nas jeszcze nie było. Wiele lwowskich uliczek
przypominało mi Kraków. Lubiłem jeździć i zwiedzać cmentarz Łyczakowski.
Nie będę się jednak rozpisywał o
zabytkach Lwowa, gdyż te są ogólnie znane. Skupię się na pracy i tym, czym sam
się zajmowałem, a nade wszystko nad konfrontacją rzeczywistego namacalnego
socjalizmu z tym, którym mnie karmiono od wielu lat. Pamiętam jak często w
prasie, radiu, na zebraniach partyjnych, prasówkach i masówkach stawiano nam za
wzór człowieka radzieckiego. Teraz miałem możność na własne oczy zobaczyć tego
człowieka. Człowiek ten, którym się tak szczycono chodził brudny, przeważnie pijany
i zamiast o pracy i swej rodzinie myślał,
co, gdzie i jak ukraść, aby mieć na wódkę. To, co mnie zaskoczyło to
fakt, że najcięższe prace wykonywały kobiety. Bardzo często na budowach i przy
remontach domów widziałem machające kielnią kobiety, co u nas było rzadkim zjawiskiem.
Mieszkaliśmy na Ul. Tiereszkowej
dwa przystanki trolejbusem do portu lotniczego. Strona radziecka przekazała nam
w tamtejszych blokach kilka mieszkań. Jedno zajmował kierownik Tenerowicz wraz
z rodziną, drugie jego zastępca Gringerg,
a trzecie przedstawiciel od spraw silnika z Kalisza, wszyscy z rodzinami.
Pozostałe trzy mieszkania zajmowali mechanicy, których było czterech, dwu po
płatowcu, osprzętowiec i jeden po silniku z Kalisza. Mieszkania te w pełni
były wyposażone w meble, lodówki i telewizory. Wszystko było wyposażeniem
przywiezionym z Mielca. Była kuchnia, łazienka, więc w kuchni można było sobie
samemu gotować, co często czyniliśmy. Mieliśmy kłopoty z wodą, bo rury nie
były cynkowane, lecz czarne. Często żeby poleciała woda i zapalił się gaz w
piecyku gazowym, trzeba było stukać młotkiem w załamania rur tak długo, aż
siedząca tam rdza ustąpiła. Jeśli udało się ją zruszyć to poleciała woda i
zapalił się gaz. Tego typu mankamenty spotykało się na każdym kroku, a wszystko
to było wynikiem pracy człowieka radzieckiego, którego stawiano nam za wzór.
Do sklepu mieliśmy niedaleko, a
te otwarte były od wczesnego ranka do godziny 22-giej, nawet w sobotę i
niedzielę. Zaopatrzenie sklepów jeszcze wówczas było jako takie, ale
atrakcyjniejsze towary dostawało się z pod lady oczywiście po zapłaceniu
odpowiedniej „nacenki”. Najbardziej dostępnym towarem był alkohol.
Byliśmy w czwórkę
mechaników i jak było mniej pracy to jednego wysyłaliśmy do domu, żeby coś
kupił i ugotował obiad. Bardzo dobrze robił to Zdzisław Kiełb, ja też dobrze
sobie radziłem. Innym różnie z tym wychodziło. Taki obiad był okazją do
libacji, bo nigdy nie kończyło się na jednej półlitrówce. Pieniędzy nie
brakowało. Dieta wynosiła 12,5 rubla, później podwyższono na 17,5 rubla, co w
porównaniu z tamtejszymi zarobkami było dużą kwotą. Każdy z nas czymś
dodatkowo zahandlował, więc pieniądze były. Jeśli coś się z Polski przywiozło
to właściwie wszystko można było z zarobkiem sprzedać, przeważnie odzież dla
kobiet. Okazało się, że ten kraj przodującego socjalizmu na dobrą sprawę
niczego dobrego nie miał. Począwszy od babskich majtek, kap na łóżko, obuwia i
innej odzieży tam wszystko można było sprzedać. Po kilku pobytach, gdy poznałem
te tajniki, to pieniędzy miałem pod dostatkiem. Oczywiście jeden przed drugim
krył się z tym, ale wiadomo było, że w mniejszym stopniu, lub większym, wszyscy
to robili.
We
Lwowie największą plagą było pijaństwo. Dotyczyło to także naszej grupy. Nie
byłem do tego dobrym kumplem, więc i z tego powodu nie byłem przez wszystkich
lubiany, albowiem pijący nie lubią, gdy w ich towarzystwie siedzi trzeźwa
osoba. Głupio się wtedy czują. Lubiłem sobie wypić do humoru, żeby pośpiewać,
lub się zabawić, ale nigdy pić na umór do tego stopnia, żeby wpaść pod stół, a
to się przy wielu okazjach zdarzało. Był to wstydliwy temat, powodujący u wielu
alkoholizm.
Po samoloty przylatywały z
różnych stron Związku Radzieckiego ekipy w ilości 3 osób, którym
przekazywaliśmy samoloty. Oni te samoloty przeglądali, sprawdzali, a my
usuwaliśmy ewentualne defekty, jeśli były wykryte, lub wyjaśnialiśmy kwestie
sporne. Osobno przekazywaliśmy dokumentację samolotu, oraz narzędzia
umieszczone w ładnej walizeczce dyplomatce. Przy tej okazji był wręczany
wieloczynnościowy scyzoryk, bardzo ładny. Najważniejszą sprawą przy przyjmowaniu samolotów było dla ekip radzieckich
zawłaszczenie sobie tego właśnie scyzoryka i dyplomatki, w której były
narzędzia. Wyrzucali z niej narzędzia i przeważnie „komandir” dowódca statku dyplomatkę
sobie zabierał. Często staczali między sobą spory o ten właśnie scyzoryk i
dyplomatkę. Samolot mniej się liczył.
Ekipy przychodzące do nas po
samoloty, przed przyjściem przechodziły szczegółowy instruktaż, co im wolno, a
co nie wolno w kontaktach z nami, Polakami. Wolno im było rozmawiać z nami
tylko na tematy zawodowe. Nie wolno im było spotykać się z nami ani kontaktować
poza terenem lotniska. Pamiętam jednego, który nie przestrzegł tych
zakazów. Był on ze swojej babci pochodzenia polskiego. Poznał w jakiś sposób
Polkę pochodzącą z Katowic, miał zamiar się z nią ożenić i wyjechać do Polski.
Z tego powodu bardzo go wszystko o Polsce interesowało. Miał dobry zawód gdyż
był pilotem, natomiast w Polsce miał zamiar zostać górnikiem.
Ekipy przylatujące z dalekiej Syberii, lub innych
odległych krańców ZSRR, miały na tych odległych obszarach bardzo dobre warunki finansowe. Otrzymywali
wynagrodzenie kilkakrotnie wyższe od przeciętnej krajowej. Cóż z tego jak na
tym pustkowiu i w tamtejszych warunkach nie mogli z tych pieniędzy korzystać.
Oni przed wylotem ze Lwowa kupowali i ładowali do samolotów ziemniaki, mąkę i
inne artykuły nie tylko żywnościowe, lecz i inne, gdyż tam na miejscu z trudem
je zdobywali. Lwów był dla nich szerokim otwartym światem, z którego nie
chcieli wylatywać. Celowo z różnych powodów opóźniali wylot, aby jak najdłużej
pobyć we Lwowie.
Muszę powiedzieć, że po kilku
takich 2-miesięcznych pobytach czułem się we Lwowie jak Amerykanin w Polsce i
bez mała tak byłem traktowany. Za ruble kupowało się wyroby ze złota, ale także
różne artykuły gospodarstwa domowego, narzędzia i inne. Opłacało się kupić
telewizor, radio czy lodówkę, ale na pewno opłacało się kupić wszystko to, co
było na własny użytek.
Szczególnie przydał mi się jeden z lwowskich
wyjazdów w marcu 1975, kiedy dostałem spółdzielcze mieszkanie na ulicy
Grunwaldzkiej. Muszę przyznać, że bardzo mi się ten wyjazd przydał, bo kupiłem
sobie i przywiozłem ze Lwowa dużo rzeczy, za które tam niewiele zapłaciłem,
natomiast w Polsce wydałbym sporo pieniędzy. Moje mieszkanie oprócz mebli było
puste. Kupiłem we Lwowie lodówkę Saratow,
a także od łyżeczki do herbaty wszystko inne. Korzystałem z faktu, że we
Lwowie wszystko było tańsze w porównaniu do naszych cen, a ja nic w domu nie
miałem. Ten wyjazd i kilka późniejszych pozwoliły mi ładnie urządzić nowe
mieszkanie. Było malutkie, bo miało tylko 20 m2 jednakże było dla
mnie oazą spokoju.
Towary produkowane w ZSRR były
niskiej jakości, dużo niższej niż nasze, chociaż wiemy jak daleko nam do
standardów światowych. Powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego ich wyroby są tak
niskiej jakości. Jedną z przyczyn zrozumiałem, gdy pewnego razu kupiony makaron
rozlazł mi się w gotowaniu, a sąsiadka pracująca w fabryce makaronu
zaoferowała mi za pół ceny wiadro jaj. Zrozumiałem, w czym jest rzecz, bo jaja
były kradzione i nie dostawały się do makaronu w dostatecznej ilości. Było
zjawiskiem normalnym, że wszyscy kradli. Sklepowy nie sprzedał towaru jak nie
dostał „nacenki”, konduktor w tramwaju brał pieniądze nie dając biletu, a przeciętny
obywatel wysiadając z autobusu przekazywał swój bilet kierowcy, lub innej
wsiadającej w tym czasie osobie, itd. itd.
W porcie lotniczym była ubikacja, ale przeważnie zamknięta na klucz.
Więc pasażerowie chodzili za własną potrzebą do latryny oddalonej od portu
około 100 metrów, gdzie nad dużym dołem siadało się na drągu, a trzymało
powyżej za drugi, aby nie wpaść do kloaki.
Mimo wszystkich stref
klimatycznych, jakie ten bogaty kraj posiada nie było tam owoców cytrusowych, a
nawet nie było jabłek. Nie mieli do tego celu przeznaczonych odpowiednich
przechowalni ani chłodni. Jeśli do sklepu przywieźli ziemniaki to leżały one
na ulicy przed sklepem tak długo aż je sprzedali, a ludzie kupowali po worku,
bo później już ziemniaków nie było. Następnie przywozili buraki i wtedy
kupowało się buraki. Po zejściu buraków byłe marchew itd. Nigdy nie można było
w jednym sklepie kupić wszystkiego. Często te niesprzedane warzywa leżały przed
sklepem cały tydzień i nic nowego sklep nie dostawał, bo poprzednie jeszcze nie
zeszło.
Jakże cudownie działało tu
centralne planowanie, o którym na zebraniach i szkoleniach partyjnych tak wiele
się mówiło. Wiele rzeczy w tym systemie nawet się usprawniało. Na przykład nie
potrzeba było papieru toaletowego, gdyż
wystarczały gazety i kosz. Tego nie musiało się nawet sprzątać, bo jak ktoś
taki kosz kopnął to się te „papierówki” z
kosza wysypały, wiatr je rozwiał i było po kłopocie. Plony w rolnictwie
były takie wysokie, że nie można sobie wyższych wymarzyć. Trzeba było
ważniejsze międzynarodowe drogi i linie kolejowe odgradzać pasem zieleni, aby to
ukryć. Marnotrawstwo było ogromne. Podobnie było z budownictwem, gdzie nie
działały windy, nie zamykały się drzwi i okna, a całe osiedla tonęły w błocie.
To w tym okresie nasz sekretarz PZPR Edward Gierek polecił zakup licencji
budownictwa wielkopłytowego od
ZSRR. Żywotność w ten sposób budowanych budynków wynosi 50 lat. Pytam, co
będzie z naszymi miastami i osiedlami po upływie tego okresu?
Nie wszystko jednak mi się nie
podobało. Bardzo mi smakował ich razowy chleb. Podobała mi się też sprzedaż
mleka. Zawsze rano przyjeżdżała pod blok kobieta z mlekiem i oznajmiała ten
fakt dzwoniąc dzwonkiem wokół bloku. Wychodziłem wtedy i kupowałem za kilka
kopiejek mleko i wspaniałą śmietanę. Natomiast w sklepie spożywczym w ciągu
dnia mleka ani śmietany dostać nie było można. Mleko kupowane rano od kobiety
pochodziło z kołchozu, było świeże i dobrej jakości.
Lubiłem chodzić na cmentarz
Łyczakowski i widziałem jak groby naszych Orląt Lwowskich były dewastowane. Na
cmentarzu utworzono wysypisko śmieci i systematycznie zasypywano groby Orląt
Lwowskich. Był rok 1972, kiedy na cmentarzu Łyczakowskim Orląt Lwowskich,
zniszczono przy pomocy czołgów pozostałe tam katakumby. a ja byłem wówczas we
Lwowie i widziałem skutki tego wandalizmu. Ten akt wandalizmu wykonano na polecenie Leonida Breżniewa w
odwecie za to, że grupa emerytowanych polskich generałów wystąpiła do niego
oficjalnie z apelem o zaniechanie wysypywania śmieci na Cmentarzu Orląt
Lwowskich. Zniszczenia dokonano jak gdyby w odpowiedzi na ich apel, gdyż
Breżniew wpadł we wściekłość. Taka to była przyjaźń. Mieliśmy spełniać
służalczą rolę, a nie upominać się o cokolwiek. Rolą Polski i innych krajów
RWPG miało być umacnianie potęgi ZSRR, a przemysły tych krajów miały temu
służyć.
Jednego razu słyszałem przy
grobie Marii Konopnickiej jak przewodnik wycieczki określił ją mianem „pisatielki z okresu szowinizmu polskiego”.
Podobnym epitetem określił Gabrielę Zapolską. Gdy jednego razu wracałem samolotem
z Moskwy do Lwowa, przez głośniki w samolocie podawano o tym mieście pewne
informacje. Między innymi informowano podróżnych, że w muzeum lwowskim są do
obejrzenia pały, którymi „polskie
pany” biły ukraińskich chłopów.
Tak, więc spoglądając od środka na
przodujący w świecie kraj socjalizmu coraz szerzej otwierały mi się oczy. Już teraz inaczej widziałem ich
braterstwo i przyjaźń, spostrzeganą jednostronnie. To my musieliśmy ich kochać
i brać z nich wzór natomiast w odwrotnym kierunku było zupełnie inaczej. W ich
społeczeństwie, a szczególnie we Lwowie i rejonach zachodniej Ukrainy
podniecało się antypolskie tendencje właśnie takimi epitetami jak „polskie pany biły ukraińskich chłopów”.
Byliśmy uważani jako zdobycz wojenną, a nie suwerenny kraj. Najlepiej określił
to jeden z Rosjan, który w rozmowie ze mną powiedział.
--- Kakoj wy obcostrańcy, wy nasze. (Jacy wy jesteście cudzoziemcy,
jesteście nasi).
Uważali nas za swoją kolonię,
którą maksymalnie starali się wykorzystywać i tak było. Radzieckim przedstawicielom
w Mielcu musieliśmy wszystko dać począwszy od mieszkania, a kończąc na
łyżeczce od herbaty. Natomiast my będąc we
Lwowie musieliśmy przywieść z Polski wszystko. Jeśli się nam coś na wyposażeniu
mieszkań zepsuło, musieliśmy to przywieść z Mielca. Tak było z wieloma
meblami, które w trakcie wieloletniego pobytu grupy należało wymienić. Byliśmy
u nich gośćmi, ale oni chodzili do nas po wszystko. Jeśli na lotnisku coś im
było potrzeba, to bez żenady przychodzili po to do nas. Przychodzili po gwóźdź,
śrubę, nakrętkę, nawet po blachę czy deskę. Po wszystko do nas. Tak było kilka razy dziennie.
Pamiętam jak jednego razu miał z
wizytą do Lwowa przyjechać Breżniew. Wymalowano i ustrojono cały Lwów. Milicję
drogową przebrano w nowe biało granatowe mundury, ale tak te mundury do nich
dopasowali, (nie dobrali do wzrostu), że stali na skrzyżowaniach jak strachy na
wróble. Po wizycie następnego dnia mundury z nich pościągano i znowu chodzili
w starych.
Zawsze na 1 maja szykowane
trybunę dla odbioru defilady. Przez wiele dni i nocy przed defiladą pilnowano
dostępu do trybuny. Mysz nie mogła się tam przecisnąć tak była pilnowana.
Tymczasem przed samą defiladą okazało się, że ktoś pod trybuną zerżnął kupę.
Informacja ta przedostała się do Lwowian pocztą pantoflową i śmiał się z tego
cały Lwów.
Pragnę coś nie coś napisać o „kufrze”, na którym przypuszczam, że każdy z
mieleckiej grupy był, a także piloci i mechanicy latający do Lwowa. Gwoli
prawdy nie wszyscy się do tego przyznają i udają, że tam nie byli. Kufer stał w
mieszkaniu Zośki, mieszkającej przy ul. Lermontowa 4/2. Właściwie nie było to
mieszkanie tylko jeden pokój, do którego wprost z ulicy wchodziło się przez
maleńki przedpokoik. W przedpokoju stał tylko kufer i 2-palnikowa kuchenka
gazowa. Zośka była samotną kobietą znającą świetnie język polski, jak większość
rdzennych mieszkańców Lwowa.
 |
Zośka z Kufra
|
Do Zośki schodziły się dziewczęta
(kobiety) pochodzenia polskiego, ale także Ukrainki, a nawet jedna Rosjanka.
Mówiło się tam tylko po polsku, a z rozmów przebijała ogromna tęsknota za Polską. Śpiewało się tam polskie
piosenki, piło alkohol i jak mogło tak umilało życie tym biednym samotnym
kobietom. Z rozmów wynikało, że gdyby któraś, choć na chwilę znalazła się w
Polsce, nigdy by jej już nie opuściła. Nie pozwoliłaby się z niej nawet siłą
wyrwać. Tam naprawdę bardzo ciężko się żyło, a szczególnie kobietom samotnym
mającym na utrzymaniu rodziny. Bez przesady można powiedzieć, że poziom życia w Związku Radzieckim do naszego poziomu życia był tak odległy, jak w tamtym czasie nasz
do krajów zachodnich.
Zośka pracowała w sądzie jako maszynistka biorąca udział na rozprawach sądowych. Opowiadała często mrożące krew w żyłach bandyckie historie z terenu Lwowa. Była to prawda, bo późno wieczorem niebezpiecznie było pokazywać się na ulicy. Doświadczyłem tego sam, kiedy raz nie zdążyłem na ostatni autobus i wracałem pieszo. Doskoczyło do mnie kilku zbirów, a jeden przystawił mi rozbitą butelkę do twarzy. Uratowało mnie, że ktoś się zbliżał, a ja odezwałem się po polsku. Panowała opinia, że społeczeństwo
Lwowa jest zdemoralizowane, że jedna połowa to rozwodnicy, którzy żyją w
konkubinacie z tą drugą połową. Może jest w tym coś przesady, ale sądzę że
niewiele. Wracając do sprawy „kufra” to musiał na nim posiedzieć każdy, kto po
raz pierwszy tam był. Podobno na tym kufrze siedział nawet sam znany piosenkarz
Połomski.
Poznałem tam Polkę Renię, która
mieszkała z matką i dwoma synami w pobliżu Ul. Tiereszkowej. Obie z matką były
Polkami, ale Renia wyszła za mąż za Ukraińca, który po wojnie nie chciał jechać
do Polski. Rozwiódł się z nią, ale wtedy już było za późno, aby z dziećmi i
matką mogła wyjechać do Polski.
Synów wysyłała do polskiej
szkoły, ale cóż to była za
polska szkoła jak nie uczono w niej ani polskiej historii ani literatury.
Oficjalnie wykłady miały być w języku polskim, ale trzeba podkreślić, że nie
wszyscy nauczyciele znali język polski. Po takiej szkole absolwent nie miał
prawa studiować na wyższej uczelni. W ten sposób zamykało się Polakom drogę na
wyższe studia. Szkoła borykała się z wieloma trudnościami, nie było pomocy
naukowych itd. Trudności te znane były w naszej grupie, gdyż niektórzy będący z
rodzinami posyłali tam swoje dzieci. Zasygnalizowali oni ten fakt polskiemu konsulowi
w Kijowie. Ciekawa była reakcja tego pana. Przyjechał do nas i zwrócił się o
wyrozumiałość, iż on nie jest w
stanie nic zrobić. Wyglądało to mniej więcej tak, że jeśli on wystąpiłby w
takiej sprawie do władz sowieckich, to w tym momencie przestałby być konsulem.
Taka rzeczywistość wynikała z jego wypowiedzi.
Wiele lat później już za
„Solidarności” syn Reni poszedł do Armii Czerwonej. Nie mogłem się nadziwić, co
z tego chłopaka zrobiono. Byłem u Reni, gdy on akurat przyjechał na urlop. Nie
chciał ten chłopiec po polsku rozmawiać. Z nienawiścią pokazywał butem jak
Armia Czerwona rozdepcze Polskę i rozprawi się z „Solidarnością”. Po
przemianach ustrojowych, kiedy byłem już tylko turystycznie we Lwowie Renia już
nie żyła. Niestety, ale nie udało mi się dowiedzieć, co stało się z chłopcami.
Do Lwowa jeździłem na okresy
2-miesięczne po kilka razy rocznie. Nadszedł czas, kiedy także nowo
wyprodukowane samoloty M-15 Belphegor zaczęto przebazowywać z Mielca do Lwowa.
Wówczas nasi piloci oblatywacze prowadzili szkolenie pilotów radzieckich. W
nomenklaturze lotniczej jest to tak zwane laszowanie pilotów, które sowieccy
piloci musieli przejść przed samodzielnym lataniem na tego typu samolocie.
Szkolenie to odbywało się we Lwowie i tam też odbyło się suto zakrapiane
zakończenie szkolenia organizowane przez stronę polską. Trunki i większość
produktów zostały dostarczone z Mielca. Zaproszone były najwyższe władze sowieckiej
awiacji i nasze z Ministerstwa Handlu Zagranicznego. Byłem wówczas we Lwowie i
zmieściłem się na tym przyjęciu. Zainteresowało mnie wystąpienie jednego z
dyrektorów MHZ, który zajmował się handlem, a mówiono że ma wpływ na ustalanie
ceny za samolot M-15. Otóż ten pan, gdy sobie nieco wypił, to okazało się, że
jest więcej Ruskim niż Polakiem i to nie tylko dlatego, że lepiej władał
językiem rosyjskim niż polskim. Stało się dla mnie jasne, że on nie może być
bezstronny w ustalaniu jego ceny. Tak wyglądał nasz handel ze wschodnim sąsiadem.
 |
| Autor na tle samolotu M-15 Belphegor. Zdjęcie
wykonane w Muzeum Agrolotnictwa podczas IV Zjazdu Agrolotników w Szreniawie
2014 roku |
Od momentu, gdy samoloty M-15
zaczęto przebazowywać do Lwowa znacznie zwiększył się nasz personel serwisowy
we Lwowie. Przybyło z Mielca
przedstawicieli, kierowników i mechaników. Była na tym samolocie taka mnogość
defektów, że mechanicy ciągle mieli mnóstwo pracy. Dochodziły też do tego
ciągłe zmiany konstrukcyjne i biuletyny, które należało wprowadzać. Dla
przyjeżdżających tam z WSK ludzi dostaliśmy następną pulę mieszkań, ale już nie
na Tiereszkowej tylko w innej dzielnicy.
Kilku ze starszych znało wiele
piosenek legionowych. Byli wśród nich Wojtek Witkowski i Stanisław Przywara, a ja znałem tych piosenek całe mnóstwo. Kiedy obiadowe libacje kończyły się śpiewem, huczało przez okna śpiewaniem, aż szef Porębski przychodził nas uspokajać. Ułożyłem wówczas
piosenkę, którą tam śpiewaliśmy.
Polska grupa jest we Lwowie,
To chachary, co się zowie.
Refren: Te, chachary
żyją.
Wszystkich w mordę biją.
Z góry spoglądają.
Wszystkich w nosie mają.
Antek z lewa Antek z prawa.
Taka tutaj jest zabawa.
Refren: Te chachary
żyją itd.
Każdy ma pieniądze swoje.
Więc niech idzie na suhoje.
Refren: Te chachary
żyją itd.
Wojtek z Józkiem na stojance.
Pociągnęli se po szklance.
Refren:
Te chachary żyją itd.
Antek w tej piosence to był nasz popularny
samolot AN-2, a
suhoje było rosyjską nazwą wytrawnego radzieckiego wina, którego w każdym barze
można było się napić za kilka kopiejek. Wojtek obraził się na mnie za to, że
umieściłem jego imię w piosence, ale przecież zrobiłem to żartobliwie, bo na
jego miejsce mogłem wstawić zupełnie inne.
Gdy wróciłem jednego razu ze Lwowa czekały na mnie dwie wiadomości. Pierwsza
to taka, że mam jechać do Indii, natomiast druga, że dostałem przydział na
własnościowe mieszkanie. Był styczeń 1977 rok, a do Indii miałem lecieć na
początku marca.
Pozałatwiałem wszystkie formalności
związane z nowym mieszkaniem, wpłaciłem pieniądze i dostałem klucze. Mieszkanie
było w stanie surowym i znajdowało się na ulicy Pułaskiego 2/14 na IV piętrze w
pierwszym wieżowcu, który wybudowano w Mielcu w pobliżu budującego się wówczas
wiaduktu. Mieszkanie było malutkie, gdyż powierzchnia jego wynosiła około 30
metrów, ale było tam dwa pokoje, no i maleńka kuchnia, przedpokój i łazienka z
ubikacją. Musiałem zdążyć z przeprowadzką przed wyjazdem do Indii, żeby zdać spółdzielni stare mieszkanie z ulicy
Grunwaldzkiej. Sprawa była jeszcze o tyle trudna, że często jeździłem na
delegacje krajowe. Dużo jednak pomógł mi w przygotowaniu mieszkania mój młodszy
kolega z Przecławia Dziunek Wątróbski. Pracował w Mieleckiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Zostawiałem mu klucze od mieszkania, gdy jechałem na delegacje, a on wysyłał
tam ludzi, którzy układali parkiety i malowali. Wracając z delegacji
sprawdzałem ile zrobili i płaciłem.
Po dokonaniu cyklinowania i lakierowania
podłóg, a także pomalowaniu ścian mogłem się już wprowadzać. Spieszyłem się
gdyż zbliżał się termin wylotu do Indii, więc szybko przewiozłem meble i
zdałem Spółdzielni stare mieszkanie. Wygrałem wyścig z czasem. Ustawiłem byle
jak meble i już byłem gotowy do wyjazdu.
Nie mam zdjęć z pobytów we Lwowie. Nie
robiłem ich, aby nie dawało to pretekstu do robienia donosów na mnie, co było
niebezpieczne. Nigdy nie zabierałem aparatu fotograficznego nie tylko do pracy na
lotnisko, ale nawet jadąc do Lwowa.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 28 września 2020 roku