wtorek, 4 lutego 2020

Czy stać Polskę na kupno samolotów F-35?


Czy potrzebna Polsce droga zabawka w postaci samolotu F-35?
Takie pytanie postawiłem sobie po zapoznaniu się z krytycznymi uwagami ekspertów lotniczych i kierując się własnym doświadczeniem w przemyśle lotniczym, podczas 30 letniej pracy w WSK PZL Mielec. Od 1955 roku z podległymi mechanikami wykonywałem próby przed lotem na seryjnie produkowanych samolotach począwszy od Lim, Iskrę, Bies, AN-2, Dromader i Belphegor.
Mogę na tej podstawie powiedzieć, że z usterkami przestawionymi przez ekspertów, samolot F-35 nie wyszedłby w Mielcu z prób prototypu i nie mógłby być produkowany seryjnie. Z opinii ekspertów lotniczych wynika, że samolot ten posiada ponad 100 wad konstrukcyjnych powodujących, że samolot nie spełnia warunków bezpieczeństwa. Jedną z wad jest lot pod kątem natarcia przekraczającym 20 stopni, po którym samolot może wpaść w nieprzewidywalne ruchy wokół własnej osi. W lotach eskadry w USA wprowadzono większe odstępy między samolotami, aby nie doszło do katastrofy. Wada utrudnia manewry w walce i locie krytycznym, co jest podstawą bezpieczeństwa i efektywności w walce. Jest to opinia pilotów amerykańskich i brytyjskich. Następna wada dotyczy lotu naddźwiękowego na dużej wysokości po włączeniu dopalacza. Gdy trwa zbyt długo może dojść do przegrzania powłoki i utraty właściwości tzw. stealth oraz uszkodzenie anten systemu łączności. Gdy w Japonii rozbił się F-35 i zginął pilot, stwierdzono że mogło dojść do skoków ciśnienia w kabinie, a także instalacji tlenowej, co spowodowało utratę przytomności pilota.
Samolot F-35
Mogę śmiało powiedzieć, że za moich czasów w PZL Mielec, samolot z takimi wadami nie wyszedłby z prób prototypu i nie zostałby dopuszczony do produkcji seryjnej.
Następną sprawą jest koszt liczony w miliardach, nie tylko za kupno F-35, ale także zmianę infrastruktury lotnisk wojskowych, bez której samoloty 5-tej generacji staną się bezużyteczne. Dojdą także koszty eksploatacyjne, uzależniające Polskę od przemysłu amerykańskiego. Po co w ogóle potrzebna jest nam w Polsce taka droga zabawka? Przecież nawet w wyniku konfliktu zbrojnego nie będzie się używać do walk myśliwców i bombowców. Minęła era walk powietrznych toczonych z myśliwcami ochraniającymi bombowce, bo i te na nowoczesnym polu walki nie będą potrzebne. Do tego celu używa się broń rakietową. Myśliwce w przyszłej wojnie spełnią taką rolę jak konnica polska szarżująca na niemieckie czołgi w II Wojnie światowej. Czy w takim wypadku jest potrzebny siłom powietrznym samolot myśliwski?
Oczywiście jest potrzebny, bo tak jak każdy żołnierz ma broń osobistą, tak wojska lotnicze muszą mieć samoloty do różnych celów w tym myśliwce. Są potrzebne do szkolenia, lecz nie robi się tego od razu na najwyższej klasy bojowym sprzęcie, lecz zdobywa stopniowo poziom wyszkolenia na innym sprzęcie.
 Przychodzi mi tu na myśl, nasz rodzimej konstrukcji samolot Iryda, który przez głupotę dowódców lotniczych i kolejnych rządów doprowadził do zaniechania jego produkcji. Zniszczono przemysł lotniczy w Polsce, a w nim liczącego się na rynku światowym producenta PZL Mielec. Wybitny udział mieli w tym Amerykanie, którzy za cel przyjęli ulokowanie własnego przemysłu lotniczego w jednym z krajów bloku wschodniego, a najlepiej nadawała się do tego Polska. Pragnę przypomnieć owe fakty, bo są symptomatyczne.
Polski samolot Iryda, na którego wydano ogromne pieniądze, a następnie zaniechano produkcji i złomowano 17 sztuk
Prace nad udoskonalaniem Irydy trwały wiele lat i wprowadzono wszelkie zalecenia Dowództwa Wojsk Lotniczych. Wydano na jej modyfikację ogromną ilość pieniędzy, jednak biznes amerykański tak potrafił z kokietować wojskowych dowódców i rządzących, że skorzystali z katastrofy Irydy, aby ją zniszczyć. Kiedy mieliśmy dogadaną licencję z Antonowem na produkcję AN-28 i mogliśmy Skytruck i Bryzę produkować, to amerykański bojkot, uwięzienie i proces autorów porozumienia uniemożliwiły ich produkcję. Ostatecznie nie wywiązanie się z offsetu po zakupie F-16 dobiły kompletnie PZL Mielec.  Był to już stan, kiedy za bezcen sprzedano Amerykanom zbankrutowane zakłady, gdzie ulokowali swój koncern Sikorsky, a obecnie Lockheed Martin.
Powszechnie wiadomo, że przemysł lotniczy to kura znosząca złote jaja. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że 1kg wyprodukowanego samochodu kosztuje 30$, a samolotu 3000$, to jasno wynika korzyść z przemysłu lotniczego. Z samolotem sprzedajemy bowiem myśl techniczną ulokowaną w głowach konstruktorów, pilotów i wszelkiej maści fachowców. Przemysł lotniczy jako przodujący podciąga za sobą pozostałe gałęzie przemysłu danego kraju. Pragnę nadmienić, że w kooperacji z finalnym zakładem w Mielcu produkowało części około 800 zakładów w Polsce. Przytaczając cyfry mój zakład PZL Mielec w latach prosperity przynosił 1% dochodu narodowego, a w handlu ze Związkiem Radzieckim było to 2%. Mieliśmy w Mielcu wspaniałą kadrę konstruktorsko inżynierską. Wieloletni pobyt w Mielcu 80 konstruktorów sowieckich Izmajłowa, współpraca z Antonowem i najlepszymi w Kraju dał powyższy efekt.
Zabrakło po transformacji ustrojowej w Polsce ludzi na miarę premiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego i dowódców lotniczych, którzy w latach międzywojennych dostrzegli konieczność budowy własnego przemysłu obronnego. Ogromnym wysiłkiem całego społeczeństwa zbudowano Centralny Okręg Przemysłowy (COP) i port morski w Gdyni. Wiedzieli oni, że tylko przez inwestycje można budować przyszłość Polski. Nie trzeba wielkiej mądrości, aby dostrzec korzyści ze sprzedaży sprzętu lotniczego. Mądry wyprodukuje, sprzeda i ma tak samolot jak i pieniądze. W odwrotnym wypadku trzeba obniżyć poziom życia obywateli.
Skąd weźmiemy w Polsce fundusze na tak drogi sprzęt, jak samolot F-35 skoro pozbyliśmy się tak złotodajnych gałęzi jak przemysł lotniczy? Odpowiedź jest prosta. Z pogłębiania biedy Polaków.
Obecnie ulokowany w Mielcu Lockheed Martin, producent tak samolotu F-35 jak i śmigłowca Black Hawk ma się wspaniale. Sprzedaje produkty przejęte wraz z PZL-em, a był to M-18 Dromader, a po dziś dzień samoloty Bryza i Skytruck. Wysoko wywindowana cena na Dromadera zniechęciła kupujących i zaniechano produkcji, natomiast Bryzę i Skytruck Amerykanie sprzedają Polsce, ale za 2-krotnie wyższą cenę niż sprzedawała je Polska.
Gdyby politycy i dowódcy wojsk lotniczych kierowali się po transformacji ustrojowej interesem Kraju i nie byli zauroczeni nowym Wielkim Bratem, to mielibyśmy wspaniały i bezpieczny dla pilotów samolot Iryda. Miał nowoczesną awionikę i broń wystarczającą na potęgę militarną Polski. Zastąpiłby sprzęt radziecki i TS-11 Ikrę. Był to samolot na który czekano w Indiach. Jakością i ceną miał przewagę nad porównywalnymi konstrukcjami i byli by na niego nabywcy. Dla innych nabywców produkowano by samolot M-18 Dromader, Bryzę i Skytrucka. Za wynegocjowany od Amerykanów offset byłyby pieniądze za 100 Dromaderów i 100  Skytrucków co pozwoliłoby dofinansować PZL w Mielcu, po zaniechaniu produkcji dla Rosjan. Wychodzilibyśmy z kryzysu na prostą, gdyby nie następny Wielki Brat robiący w Polsce interesy.
Jeśli chcemy zapoznać się z tematem Irydy i tym dlaczego doszło do bankructwa PZL Mielec, to linki poniżej doprowadzą do tematów, które napisałem 4 lata temu. http://cowiemechanikolotnictwie.blogspot.com/2016/01/fakty-i-kontrowersje-o-samolocie-iryda.html
Co do przyszłości, to przewidzieć można że kryzys gospodarczy będzie się pogłębiał i za 4 lata kiedy będziemy od Amerykanów przejmować F-35, to Polskę może nie być stać na eksploatację samolotów generujących ciągłe ogromne koszty. Może się więc zdarzyć, że najlepszym rozwiązaniem będzie wyprowadzić je wprost na złom, tak jak przed laty zrobiono to z 17 Irydami w Mielcu.
Teofil Lenartowicz
Wrocław, dnia 4 lutego 2020 roku








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz